Dziecko z niepełnosprawnością w szkole- czyli czego nauczyła mnie edukacja mojego dziecka… 1


Mogę to powiedzieć oficjalnie- pierwszą klasę mamy za sobą. Udało się z sukcesem ją skończyć, matka nie uzależniła się od środków uspokajających, a dzieci dobrze opanowały cały materiał. Chociaż nie zawsze było łatwo to zarówno ja, jak i dzieciaki, jesteśmy zadowoleni z efektów.

Na moją opinię ma ogromny wpływ nauka domowa, którą prowadziliśmy przez ostatnie 3 miesiące. Wydawało się, że to będzie horror. I faktycznie miałam dużo lęku i niepewności. Jednak dopiero nauczanie domowe pokazało mi, że moje dziecko tak naprawdę lubi się uczyć. Tylko system szkolny nie do końca daje mu możliwość, by osiągnął należyty sukces i mógł go polubić.

Nie jest tajemnicą, że mamy orzeczenie o kształceniu specjalnym. Oznacza to, że dla takich dzieci trzeba dostosować program i sposób nauki. Oznacza to również, że uwzględnia się indywidualne potrzeby dziecka i jego możliwości. Wszystko to pięknie brzmi na papierze. Wszystko to teoretycznie daje dużo możliwości. W praktyce klasa to około 25 osób, nauczyciel jest jeden a grupa społeczna to żywy organizm. Teraz jeszcze wiele zależy od osobowości dziecka, czy przejmuje się tym, że coś mu nie wychodzi albo sprawia trudność, czy nie. Czy skupia się na swoich porażkach, czy raczej je bagatelizuje i przyjmuje postawę “i co z tego?”. Na to wszystko składa się sukces, lub jego brak, u dziecka ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi.

Od razu zaznaczam, że takie orzeczenie nie oznacza, że dziecko powinno chodzić do szkoły specjalnej. Oznacza jedynie, że ma jakieś specyficzne problemy (np. wysoka krótkowzroczność), które wymagają, by je zauważyć i umożliwić dziecku możliwie najlepsze warunki do nauki.

Czego nauczyła mnie edukacja moich dzieci?

Przede wszystkim tego, że mimo najszczerszych chęci rodzica, dobrej współpracy z nauczycielem, mądrych i otwartych osób wspierających (pedagoga, osoby prowadzącej zajęcia rewalidacyjne) nie ma gwarancji, że dziecku będzie tak dobrze i łatwo jak byśmy tego oczekiwali. Czasami sam system nie pozwala, by dziecko poczuło się bezpiecznie i pewnie. Czasami to klasa sprawia, że presja i stres są zbyt duże, by je opanować. A czasami to samo dziecko chce być tak dobre we wszystkim, że swoimi emocjami blokuje swój sukces.

Jednym słowem- okazji do zmartwień i frustracji mi nie brakowało. Bywały dni, kiedy codziennie rozmawiałam z nauczycielką o kolejnych trudnościach. Szukałyśmy rozwiązań, ja nie spałam z nerwów, byłam już mocno zmęczona i traciłam nadzieję na lepsze. Był moment kiedy nie wiedziałam co zrobić, myślałam nad zmianą szkoły, myślałam o kolejnych badaniach w poradni, bo może coś przeoczyli… Jednocześnie dostawałam informacje od terapeutów, którzy pracowali z moim dzieckiem indywidualnie, że nie ma problemów, że materiał opanowuje, wiedze ma, umiejętności są na dobrym poziomie. Potem przychodził kolejny dzień nauki w klasie i kolejna porażka.

I wtedy właśnie przyszła edukacja domowa, która najpierw przerażała, a później okazała się dla nas wybawieniem!

Jestem chyba jedynym rodzicem, albo jednym z niewielu, który finalnie był zadowolony z tego całego zamykania szkół. Szkoła to system. Klasa to żywy organizm. A nauczyciel to człowiek, jeden człowiek, który musi pogodzić wymagania ministerialne oraz oczekiwania dyrekcji i tzw. systemu z możliwościami uczniów. Jak do tego wszystkiego dochodzi chociaż jeden (a najczęściej jest to kilkoro uczniów) z mniejszymi lub większymi problemami… to okazuje się, że system nie daje rady. Bo jedna osoba nie jest w stanie pogodzić wszystkiego. Musiałby się chyba sklonować.

I chociaż specjaliści odradzają nam edukację indywidualną, to te 3 miesiące naszej prywatnej, indywidualnej nauki, dał nam odrobinę wytchnienia. Dodatkowo pokazał mi w czym naprawdę tkwi problem i utwierdził mnie w przekonaniu, że nie wiedza, umiejętności czy nauka jest problemem. W warunkach domowych zniknęły absolutnie wszystkie problemy. Wszystkie! Winą jest stres dziecka, presja jaką sam sobie narzuca, presja klasy, ograniczonego czasu, który jest w szkole (na większość zadań jest ograniczony czas, część klasy robi bardzo szybko- ci wolniejsi nie mają łatwo) i dużo różnych emocji związanych z nauką. Emocji, które musimy przepracować, jakoś oswoić i miejmy nadzieje, nauczyć sobie z nimi radzić. Wiedząc to, jest mi łatwiej zrozumieć co czuje moje dziecko. Wiem też, że pracując indywidualnie albo w małych grupach, nie miałby większych problemów z edukacją.

Fajnie więc było się tego dowiedzieć i móc obserwować jak dziecko spokojnie, bez nadmiaru negatywnych emocji, rozwiązuje zadania, pisze, czyta, liczy. Wiem, że to żadne pocieszenie, bo wrócimy do szkoły i pewnie niektóre problemy też wrócą. Ale przynajmniej wiem jakie jest ich źródło i na czym należy się bardziej skupić.

Jednak przede wszystkim ten czas nauki w domu pokazał mi jak wiele niepotrzebnego materiału poupychano w te podręczniki, jak dużą i jak szczegółową wiedzę oferuje się dzieciakom- już tak małym dzieciakom. Jak system szybko pędzi. Jak skomplikowane potrafią być polecenia do zadań. Jak durne bywają zadania z treścią. Jak wiele oczekuje się od dzieci w 1 klasie, które de facto powinny jedynie w tym początkowym okresie nauki doskonalić naukę czytania i pisania. Mogłabym takich absurdów i “kwiatków” z podręcznika kilka wymienić. Ale jesteście rodzicami, sami dobrze wiecie co tam bywa…

Szczęśliwie pierwsza klasa za nami. Udało nam się ją zaliczyć. Udało nam się zdobyć oczekiwane umiejętności i przyswoić zalecany materiał.

Teraz odpoczniemy przez wakacje, by we wrześniu zmierzyć się z… a tego to jeszcze w zasadzie nie wiadomo. Ale znając polski system edukacji- wrażeń nam nie zabraknie.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Komentarz do “Dziecko z niepełnosprawnością w szkole- czyli czego nauczyła mnie edukacja mojego dziecka…

  • Karina

    Ja mam syna, który w tym roku ukończył naukę w 3 klasie. Również ma orzeczenie o potrzebie kształcenia specjalnego. Na początku byliśmy tym przerażeni, jednak postanowiliśmy zostawić syna w szkole ogólnodostępnej. Na początku zdalnego nauczania nie mógł się odnaleźć. Brakowało mu klasy, towarzystwa kolegów. Dla mojego syna bardzo ważna jest też systematyczność. Oboje z mężem codziennie siadaliśmy z nim i wszystko przerabialiśmy. Nie można było sobie pozwolić na chwilę luzu. Ukończył jednak trzecią klasę z dobrymi wynikami, więc chyba to zdalne nauczanie nie było takie złe :-)