Edukacja dzieci w czasach zarazy czyli obowiązkowe nauczanie domowe


Oto proszę państwa nastał czas, w którym czy się chce, czy się nie chce- trzeba spróbować nauczania domowego. Do tej pory był to “luksus” co odważniejszych jednostek, przez większość traktowany jako fanaberia, szaleństwo lub ogromne poświęcenie. Nie ma co się oszukiwać- wszyscy narzekamy na obecny system edukacji, jednak mało kto ma chęci i możliwość, by zrezygnować ze szkoły masowej. Jesteśmy w pracy przez znaczną część dnia, albo nie mamy kompetencji, odwagi lub cierpliwości, żeby wziąć na siebie tak dużą odpowiedzialność jaką jest edukacja dziecka. Poza tym szkoła to też miejsce, gdzie dziecko “znika” na kilka godzin, więc my nie musimy w tym czasie się nim opiekować lub tej opieki mu zapewniać. To dość ważny i znaczy argument dla większości rodziców. I chociaż entuzjaści edukacji domowej zapewniają, że to nie jest takie trudne, a efekty są zachwycające, to jednak nadal z tego modelu korzysta mało rodzin. Aż przyszedł taki moment, gdy wszyscy zostali do tego zmuszeni…

Edukacja w czasach zarazy

Pewnego dnia, zmuszeni sytuacją epidemiologiczną w naszym kraju (i na świecie), wszystkie dzieci, ze wszystkich szkół (i przedszkoli) zostały w domu. Rok szkolny jednak nie mógł zostać zawieszony, życie jakoś musi toczyć się dalej, a uczniowie nie mogą zostać bez nauki. Dlatego też wymyślono coś takiego jak nauczanie zdalne. To nie jest do końca edukacja domowa, której założeniem jest, że to rodzic decyduje o formie, jakości i tempie nauki. Tutaj rodzice przejęli rolę nauczyciela tylko w pewnym zakresie- mają przede wszystkim dopilnować swoje dzieci, a materiał i sposób pracy jest wyznaczany przez nauczyciela. Panuje lekki chaos, jedni nauczyciele lepiej to organizują, inni gorzej, jedni już od kilku dni prowadzą nauczanie zdalne, inni dopiero zaczynają, niektórzy nagrywają filmiki,  zakładają grupy na portalach społecznościowych, nagrywają lekcje online, przesyłają materiały do samodzielnej nauki, a jeszcze inni podają strony w ćwiczeniach i dostarczają karty pracy. Sposobów komunikacji nauczyciela z uczniem jest bardzo dużo. Form nauki też jest wiele. Możliwości jeszcze więcej. A mimo to, problemów zdaje się być najwięcej.

Jak ta kobieta wytrzymuje w tym zawodzie?

Nie będę wymieniać szczegółowo pojawiających się problemów, bo ile domów, tyle ich jest. Jedni mają trudności z organizacją czasu pracy (rodzice normalnie pracują, a dzieci bez nadzoru nie siadają do lekcji). Innym brakuje sprzętu komputerowego, drukarki, szybkiego łącza internetowego. Niektórzy nie mają w domu wystarczających zapasów melisy ani dostępu do relanium. Dzieciaki się buntują, ociągają, rozpraszają, robią byle jak- byle mieć to z głowy. Często w podręcznikach są błędy albo niejasno sformułowane polecenia (tak, cholera! Już w tych do pierwszej albo drugiej klasy podstawówki są takie perełki, że setka matek na forum próbuje je rozwiązać).
Nie mam doświadczenia w nauczaniu starszych dzieciaków, sama pewnie ledwo bym ogarnęła materiał z przedmiotów ścisłych ze starszych klas (pozdrawiam moją panią od chemii i matematyki). Postanowiłam jednak trochę wam podpowiedzieć jak sobie radzić w tym trudnym okresie edukacji domowej w czasach zarazy.

Obowiązkowe zdalne nauczanie domowe- jak nie zwariować i nie polegnąć

Tylko spokój może nas uratować- to będą teraz święte słowa!

Jestem nauczycielem klas 1-3. Mam wszelkie możliwości, predyspozycje, pomoce naukowe (tak, mam ich nadal sporo, chociaż od 9 lat nie uczyłam zawodowo), mam mnóstwo pomysłów do poszerzania materiału, który dostają moje dzieci, dość sporo chęci do urozmaicania im zajęć. Naprawdę jestem gotowa do tej roli. Tylko uczniów mam niezbyt chętnych do współpracy. Jestem przekonana, że jakbym się zamieniła z jakąś sąsiadką albo koleżanką (taką dalszą) na dzieci, to byśmy obie osiągnęły super efekty nauczania. Jednak przez to, że jestem nauczycielem własnego dziecka- idzie nam… nijak. Kij z moim wykształceniem, guzik z moich pomysłów, on ma po prostu w nosie moje ambicje. Odrabia zadane lekcje, rozwiązuje zadania, przeczyta co musi. Ale ile przy tym fochów, ile ja razy muszę liczyć do 100… tylko my oboje wiemy i może czasami sąsiedzi, jeśli akurat są bliżej ściany.

Dlatego uspokajam was- kompetencje i wiedza pedagogiczna nie są gwarantem sukcesu. To nowa sytuacja dla nas wszystkich, w dodatku pojawiła się ona wbrew naszej woli więc niepowodzenia po prostu będą się zdarzać. To nieuniknione i wręcz oczekiwane!

Wszyscy jesteśmy w stresie. Zarówno dla dzieci, jak i dla dorosłych fakt, że uczymy się tylko w domu jest czymś nowym. Super jak macie starsze, nieco bardziej ogarnięte dzieci, które potrafią się same uczyć (wiek w sumie nie ma tu znaczenia- mnóstwo nastolatków nie potrafi się samodzielnie uczyć- ot, bolączka naszego systemu edukacji). Jeśli jednak trafił się wam egzemplarz “mamo, ja nie wiem co tu zrobić?” i bez was nie wydarza się nic… to macie tak jak ja. Najgorzej jak taki egzemplarz nie dość, że nie chce sam, to jeszcze co chwilę ma foszki, bo czegoś nie umie, albo nie wie, albo nie chce wiedzieć, albo ma w nosie. Wtedy… no wtedy tylko melisa i lecisz z tym medytowaniem, żeby go nie udusić z tej radości i miłości.

Kolejną kwestią są realne możliwości czasowe rodzica i warunki w domu. Nie każdy ma super extra sprzęt multimedialny. Nie każdy ma ciszę i spokój, bo do placówek nie chodzą wszyscy więc zarówno nastolatek jak i przedszkolak są w domu. A jak rodzic większość dnia spędza w pracy to sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej. Wielu rodziców nie ma też odpowiedniej wiedzy, by pomóc rozwiązać jakieś trudniejsze zadania. Oczywiście założenie jest takie, że uczeń powinien umieć sam, po tym jak nauczyciel go nauczy. Wiemy jednak, że nie zawsze tak jest. Tego niestety minister nie przewidział i wielu nauczycieli nie bierze pod uwagę.

Moje zasady edukacji domowej w czasie zarazy

Cóż więc mogę wam doradzić?
1. Spokój- mimo nacisków szkoły i nauczycieli (jeśli takowe są), trzeba zachować spokój i zdrowy rozsądek. Uczyć się owszem trzeba, ale to naprawdę nie jest w życiu najważniejsze. Najważniejsze jest, żebyśmy byli zdrowi, a stres na pewno temu nie służy.
2. Małe kroki- wszyscy musimy się przyzwyczaić do nowej sytuacji i wypracować w sobie nowe mechanizmy działania oraz samodyscyplinę.
3. Ustalcie stałe godziny nauki- najlepiej rano, po śniadaniu. Wiadomo, że jak się nie idzie do szkoły, to nie trzeba wstawać wcześnie rano. Ale dobrze jest w tym chaosie znaleźć jakąś rutynę.
4. Na czas nauki odstawiamy wszystkie “ekrany”- telefon znika, tablet chowacie, telewizor jest wyłączony. To są super ekstra rozpraszacze. Tu piknie, tam coś się zaświeci i oczy uciekają, razem z całą uwagą.
5. Co bardziej opornych motywujemy zewnętrznie- ja na przykład mojemu dziecku robiłam dzisiaj sprawdzian i “płaciłam” w cukierkach. Sprawdzian był moim pomysłem własnym, bo chciałam go zmotywować do zrobienia karty pracy i samodzielnego wykonania zadania. A jak powiedziałam, że zamiast samej oceny dostanie tyle cukierków, ile ta ocena wyniesie to ołówek się mało nie zapalił, tak szybko pisał.
6. Jeśli uważacie, że jakiś nauczyciel przesadza, zasypują was zbyt dużą ilością materiału, którego nie rozumiecie, nie wiecie jak zrobić, albo nie macie do tego potrzebnych materiałów- piszcie do nauczyciela. To też są ludzie. Oni też próbują się odnaleźć w nowej rzeczywistości. Dostają sprzeczne informacje, chcą sprostać oczekiwaniom “z góry”, nie zaniedbać swoich uczniów. Zwrotne informacje sprawią, że będziecie mieli szansę się dogadać i wytworzyć kompromis.
7. Pewnie nie powinnam tego pisać, ale… nie wszystko musi być zrobione na już i na super poziomie. Szczerze mówiąc wątpię, żebyśmy wrócili do szkoły w tym roku szkolnym, więc… przyjmijmy założenie, że dzieciaki uczą się bardziej dla siebie niż dla nauczyciela, po to żeby nie mieć zaległości, żeby nadrobić to, co do tej pory kiepsko szło, żeby ogarniać materiał. Ale nie wymagajmy zbyt wiele od siebie nawzajem i od naszych dzieciaków. Jak ktoś słabo ogarniał matematykę mając nauczyciela obok siebie, to ciężko wymagać, że nagle sam pojmie materiał.
8. Przyjmijmy założenie, że to nie będzie łatwe. Moje dziecko mi dzisiaj powiedziało, że on nie jest na lekcji, bo nie jest w klasie. Mimo że ja próbowałam zrobić taką naprawdę prawdziwą lekcje. Miałam fajną myśl, wyjęłam pomoce. Powiedziałam, żeby się zachowywali jak na lekcji, tak jakby byli z nauczycielką. I guzik. Są w domu, nie ma klasy, nie ma lekcji, jest mama. Robią to co jest zadane ale forma realizacji… bardzo odbiega od tego jak zachowywaliby się w klasie. Niestety, tak właśnie będzie.

Tak sobie pomyślałam, że napiszę to wszystko, bo wiem, że wielu z was ma teraz milion czarnych myśli w głowie. Nie dość, że wirus, dzieci w domu, dużo stresu to jeszcze edukacja. Mam nadzieję, ze chociaż trochę wam to pomoże zrozumieć sytuację i dacie sobie przyzwolenie na porażki. A może jak nie teraz, to ten tekst przyda się kiedyś- jakbyście z innego powodu musieli praktykować edukacje domową.
Pokładam nadzieję, że wirus niedługo nas opuści i wszyscy szczęśliwie wrócimy do naszych zajęć, a dzieci do szkoły. Tymczasem zdrowia wam życzę. I cierpliwości!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *