Macierzyństwo o podwyższonym stopniu trudności


Jechałam dzisiaj autem i myślałam na temat moich dzieci, macierzyństwa, naszego życia. Myślałam o tym jak szczególne, inne i skomplikowane jest moje bycie mamą. Nigdy nie było łatwe i nie zapowiada się, żeby miało być.

Pierwsza trudność- bliźnięta. Podwójna radość, poczwórna robota. Szeroki i ciężki wózek. Przewijanie na akord, spanie po 4 godziny na dobę, karmienie na dwie ręce i oczy dookoła głowy. Tak w skrócie można by było opisać nasze początki. Chociaż zdecydowanie lepsze byłoby “jazda bez trzymanki na pełnej petardzie”! Później wcale nie było łatwiej… Może mniej energii szło na zadbanie o potrzeby fizjologiczne ale upilnowanie dwójki na raz, zapewnienie im bezpieczeństwa i zaspokojenie wszystkich potrzeb było wyzwaniem. A teraz? Szkoła, nauka, odrabianie lekcji, rozmowy wychowawcze, rozmowy o życiu, rozwiązywanie coraz trudniejszych problemów, bunt, ich kłótnie, rywalizacja, zagrożenia jakie niesie za sobą internet, różnice charakterów i oczekiwań. Mam wrażenie, że z każdym kolejnym etapem jest dużo trudniej i raczej jeszcze długo nie będzie łatwiej.

Druga trudność- wcześniactwo. Ojjjj to nam nie ułatwia życia od początku. Utrudniło nam nawiązanie więzi w pierwszym okresie. Zburzyło cały system macierzyński. Nie było nam dane to, co zazwyczaj mogą przeżyć mamy ze swoimi dziećmi- począwszy od pierwszych dni na oddziale położniczym, przez dalsze już w domu. Wcześniactwo to coś, co odbiera matce pewność siebie i poczucie silnej więzi z dzieckiem. To coś, co odbiera dzieciom możliwość zaspokajania najważniejszej potrzeby jaką jest bliskość. To wyrwanie z bezpiecznego świata i rzucenie w kawałek szumiącego plastiku, w obce, zimne ręce. To zburzenie spokoju, naruszenie naturalnego procesu rozwoju. A w konsekwencji ogrom trudności zdrowotnych.

Trzecia trudność- konsekwencje wcześniactwa i niepełnosprawność. Bez wchodzenia w szczegóły jakie mamy problemy zdrowotne i rozwojowe, mogę powiedzieć tylko, że trochę tego jest! I to tak naprawdę również ograbia nas z normalnego, spokojnego życia. Kiedy moje koleżanki wychodziły ze swoimi dziećmi na spacery lub plac zabaw, ja biegałam z dzieckiem na rehabilitacje i terapie. Kiedy koledzy moich dzieci biegają po podwórku, ja moich wożę na zajęcia wyrównujące ich trudności. Kiedy inne dzieci chodzą do lekarzy raz na jakiś czas, a niektóre od wielkiego dzwonu- my jesteśmy stałymi bywalcami różnych przychodni i placówek medycznych. To nasza codzienność. My nawet nie wiemy jak to jest inaczej. Więc patrzę na macierzyństwo innych matek i czasami im zazdroszczę. Wiadomo, że z dziećmi zawsze są jakieś tam kłopoty i kłopociki. Jednak zazdroszczę im tego, że dla nich to jakieś sporadyczne sytuacje, a u nas to jest po prostu nasze życie. Życie, które składa się z jeżdżenia na terapie, chodzenia na różne badania, diagnozowanie, komisje zdrowotne, trudności szkolne wynikające ze stanu zdrowia i dużo różnych problemików, których nigdy nie da się przewidzieć.

Więc tak sobie jadę i myślę jakie czasami skomplikowane jest moje macierzyństwo. Jak mało w nim takiej czystej radości, nie podszytej obawami, zmartwieniami. Takich prostych chwil, luzu i wolności.
Kiedyś byliśmy niewolnikami inhalatora i leków na duszności. Teraz moja głowa jest niewolnikiem zamartwiania się o ich przyszłość, edukacje i zdrowie.

I fajnie by było czasami od tego odpocząć- chociaż chętnych i odważnych do dłuższego opiekowania się bliźniaczymi diabełkami brak. Jeśli jednak się tak zdarzy to i tak zaraz tęsknie, bo nikt przecież nie potrafi się nimi tak dobrze zaopiekować jak ja. Poza tym cóż ja miałabym robić, gdybym nie miała tak intensywnej opieki nad dziećmi? Zająć się sobą? Zrobić karierę naukową? Obejrzeć kilkanaście seriali, na które nigdy nie mam czasu? A może na bieżąco pochłaniać interesujące mnie książki? Eeeee… to byłoby zbyt banalne!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *