To cholerne poczucie beznadziei czyli siłaczka ma dosyć


W zlewie znowu gary, chociaż dopiero co myłaś. Podłoga znowu brudna, pranie czeka, jedno dziecko o coś pyta, drugie oznajmia, że musi na jutro mieć czerwoną włóczkę i białą wstążkę (a jest 20:30). Jeszcze dokańczasz sprawdzanie lekcji, w głowie masz już wizję wyprasowania kilku ciuchów. Odpowiedziałaś na pytania dziecka. Dałaś drugiemu włóczkę i wstążkę (albo obdzwoniłaś tych, którzy mogą je mieć). Wykonałaś 150% normy. Powoli opadasz z sił, ale jeszcze stoisz na posterunku. Jeszcze włączysz zmywarkę, może nawet pralkę. Jeszcze doradzisz przyjaciółce, poratujesz mamę, bo ma jakiś problem. Jeszcze, jeszcze… I nagle przypominasz sobie, że zapomniałaś kupić mleko i masz ochotę się z tego powodu rozpłakać, bo kto jak kto, ale ty nie zapominasz. Ty zawsze ogarniasz. Ty masz zawsze czysto. Dzieci mają zrobione lekcje. Nawet te włóczki masz w domu w kilku kolorach na zapas, w razie jakby kiedyś były potrzebne.

Ale pewnego dnia zaczynasz czuć, że to za dużo. Że nie dajesz już rady być najlepsza we wszystkim. Że masz dosyć. Że twoje życie cię uwiera a skala nieszczęścia urasta do rozmiaru góry lodowej. Beznadzieja, totalna beznadzieja.

Zawsze byłam silna. Ogarnięta. Bezproblemowa. Przygotowana. W gotowości. Nie nawalająca. Nie dająca sobie prawa do błędów i słabości. Nikogo nie zawodząca. I nagle tama pękła…

Byłam siłaczką, a wystarczyłoby jakbym była jedynie człowiekiem

Jestem pewna, że większość kobiet zna to uczucie, gdy wydaje się, że to za dużo. Codzienne obowiązki, które wykonują (a które stale rosną), niewdzięczność tych prac, chroniczny brak poczucia sprawstwa- to wystarczy, by każdego dnia, powoli, wpadać w coraz głębszy dołek. Codziennie sprzątasz i codziennie jest brudno. Gotujesz pół dnia obiad, a wpada rodzina i jeden tego jeść nie będzie, drugi zje ale pomarudzi, a trzeci już zjadł na mieście. Można dostać szału. Najpierw się złościsz, później już tylko głęboko wzdychasz i chowasz w sobie uczucie żalu i beznadziei. Miałaś być najlepszą mamą i partnerką, a czujesz się, że ciągle coś ci nie wychodzi. Stawiasz sobie poprzeczkę coraz wyżej, a rodzina nadal nie widzi ile z siebie dajesz. Frustracja rośnie.

Nie prosisz o pomoc, bo przecież ty dasz rade. Kobiety zawsze dają radę. Matki zawsze dają radę. Nie chcesz zawodzić, chcesz o wszystkim pamiętać, chcesz dobrze wykonywać swoją pracę, wzorowo wypełniać domowe obowiązki, być super mamą, która piecze ciasta do przedszkola i aktywnie się udziela. Pamiętasz o wszystkich. Tylko zapomniałaś o sobie.

STOP! STOP! STOP! Beznadziejo STOP!

Ja jestem tą kobietą, która ma dosyć. Która zawsze ogarnia. Która zawsze dla wszystkich jest. Która nigdy nie zapomina, nie nawala, nie zawodzi, nie okazuje słabości. Albo może lepiej powiem… byłam taką kobietą. Aż wydarzyły się rzeczy w moim życiu, które mnie przerosły. Wpadłam w wielki, czarny dół, z którego żeby się wydostać trzeba zrozumieć, że NIE MOŻNA BYĆ WE WSZYSTKIM NAJLEPSZYM. Że można być czasami słabym. Że można płakać i powiedzieć “nie dam rady”. Jeszcze tego nie umiem, ale uczę się. Jeszcze się łapię na tym, że nie zasnę jak mam garnek w zlewie ale staram się to zmieniać. Jeszcze nadal próbuję zawsze być w gotowości, ale coraz częściej mój układ nerwowy sam mi mówi “odpuść”.

Perfekcjonizm, wbudowane poczucie odpowiedzialności za cały świat i brak umiejętności proszenia o pomoc doprowadziły moje jelita i żołądek do ruiny. Standard, jak nie odreagowujesz swoich nerwów, to one z przyjemnością cię zeżrą od środka.

Terapia lekarstwem na poczucie beznadziei

Wiecie czego przede wszystkim uczy mnie terapia? Że można być słabym. Że nie muszę być zawsze idealną mamą, córką, przyjaciółką. Że nie muszę- właściwie nic nie muszę. Są rzeczy, które robić powinniśmy, za które jesteśmy odpowiedzialni. Ale mam prawo nie mieć siły, mieć gorszy dzień, mieć w domu bałagan i zapomnieć o kupieniu brystolu. Nie można być w gotowości, na najwyższym poziomie przez cały czas. Bo na wiele rzeczy zwyczajnie nie mamy wpływu. Życie w ciągłym napięciu, gotowości i takiej presji, doprowadza do przeciążenia całego układu nerwowego. I nagle, jak wydarzy się coś, co wymyka się spod kontroli, na co absolutnie nie mamy wpływu, czego nie można rozwiązać/zatrzymać/ogarnąć to następuje załamanie.

Piszę to wszystko, bo dzisiaj mam znowu jeden z tych słabszych dni, w których czuję, że powinnam dać radę i wszystkiemu sprostać, a wokół mnie dzieje się dużo rzeczy, na które zwyczajnie nie mam wpływu. Albo których nie wiem jak rozwiązać. Nie jest łatwo był siłaczką. A jeszcze trudniej jest pozwolić sobie na bycie słabą siłaczką.

Piszę to, bo być może też jesteś siłaczką “na krawędzi” i czujesz, że zaraz eksplodujesz od nadmiaru zobowiązań oraz powinności. Wiedz, że nie jesteś jedyna. Pozwól sobie czasami nie ogarniać i czegoś nie dopilnować. A najlepiej poszukaj dla siebie dobrej terapii. Zanim wpadniesz do dołu, z którego ciężko będzie znaleźć światełko.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *