Rodzice Aniołków nie chcą być sami 36


Źródło: http://fotowettbewerb.hispeed.ch/seo/photo/505104/serce_ze_swieczek/swieczki_serce_kobieta.html

Dzień Dziecka Utraconego!
Takie święto- jedno w wielu.
Ostatnio modne są różne święta jednodniowe- dzień teściowej, sekretarki, walk z rakiem piersi, chorych na białaczkę itp.
Większość z nich nie obchodzę, bo albo mnie nie dotyczą, niektóre śmieszą a jeszcze inne wolę myśleć, że nie są dla mnie!

Dzisiejsze jednak obchodzę, chociaż wcale mi się to nie podoba! I w zasadzie nie wiedziałam jeszcze do niedawna, że w ogóle takie święto istnieje.
Dzień ten ma wiele aspektów- składania do dyskusji na temat dzieci poronionych i ich pogrzebów, jak również uświadamia jak wielu jest rodziców, którzy stracili swoje narodzone dzieci!

Tak, jestem Mamą Aniołka.
Tak, moje dziecko nie żyje.
Tak, potrafię o tym mówić.
Nie, nie oczekuję współczucia.

Nie chcę pisać jaką byliśmy szczęśliwą parą, jak miało być pięknie a nie było. Bo to banały są. Byliśmy normalną parą, która uznała, że czas na dziecko. Ciążą przebiegała dobrze, żadnych większych komplikacji. Lekarze na usg widzieli, że serce ma nierówne komory ale nikt się nie spodziewał, że to tak poważne. Ot, zalecenie- rodzić w klinice, żeby opieka była lepsza “w razie co”.
Dziecko urodzone o czasie, zdrowe (poza wadą serca), punktów cała pula przyznana i diagnoza- konieczna operacja.
Operacja zaplanowana na 4 godziny, trwała 8. Lekarz przed operacją pełen optymizmu, po operacji- dający niewielkie nadzieje.
Całkowite przełożenie wielkich pni tętniczych. Tak jakby serce zbudowane było odwrotnie.
Wiktor żył 2 tygodnie. Przez cały ten czas byliśmy z nim i dawaliśmy wszystko to, co mogliśmy najlepiej- całych siebie!
A później była czarna plama, albo dziura! Ogromna, czarna dziura!
O bólu i rozpaczy nikomu pisać nie trzeba- było, trwało i jest do dzisiaj.
Po 3,5 roku boli nadal tak samo mocno jak pierwszego dnia. Emocje są słabsze ale ból pozostał.
To tak jakby komuś amputować rękę- zawsze będzie mu jej brakować!

Ale najważniejsze w całej tej trudnej sytuacji jest otoczenie! Bardzo często od jego wsparcia i reakcji zależeć będzie przyszły los “osieroconych” rodziców!
A moje otoczenie nawaliło. Długo trzymałam to w sobie ale taka prawda. Wtedy, gdy naprawdę potrzebowaliśmy pomocy- zostaliśmy sami.
Nikt nie wpadał na weekend, nie zapraszał nas do siebie, nie zapukał spontanicznie na kawę. Ja zapraszałam- słyszałam, że nie chcą nam przeszkadzać i robić kłopotu. Nikomu nie przyszło na myśl, że my właśnie niczego innego nie chcieliśmy jak tego, żeby ktoś nam zawracał głowę czymkolwiek, żeby móc się oderwać!
W pewnym momencie Mężul musiał wrócić do pracy a ja zostałam sama ze sobą! W dużym, pustym domu! Przyjaciółki mam daleko, rodziców również. Ale ci, co na miejscu- woleli udawać, że nas nie ma, bo wtedy problemu też nie było. Każdy przeżywał na swój sposób ale… to my byliśmy najsłabszym ogniwem potrzebującym wsparcia. Cała reszta powinna być silna dla nas! A okazało się, że to my musieliśmy być silni dla innych!
Jestem typem kobiety walecznej, nie pokazującej słabości i bólu. Zamykam to w sobie i upycham głęboko. Teraz też tak było! Żeby się nie załamać w tej ciszy i samotności- szorowałam dom. Kafelki w łazience miałam najczystsze w okolicy (kto inny 3 razy w tygodniu szoruje kafelki od sufitu po podłogę), ogród założyłam, kwiaty posadziłam. Wszystko, żeby tylko nie położyć się na kanapie. Bo wiedziałam, że jak to zrobię, to już nie wstanę! Wydawało mi się, że świetnie sobie radzę i pewnie tak było. Ale dzisiaj wiem ile mnie to kosztowało i o ile łatwiej by mi było, gdybym miała kogoś, kto wpadłby na kawę, pogadał o niczym albo zabrał gdzieś na weekend.
Sami to zrobiliśmy- pojechaliśmy na wycieczkę do Danii. Nie obyło się bez głupich komentarzy, że w żałobie a wakacje sobie urządzają! Łapaliśmy się wszystkiego, żeby nie oszaleć.
Znalazłam koleżanki (byliśmy świeżo po przeprowadzce w nowe miejsce), sąsiadka okazała się moją bratnią duszą, w końcu znalazłam pracę (po ciąży i macierzyńskim oczywiście zostałam bez niej).
Jakoś się udało… Było ciężko, były kryzysy między nami. Ale wygraliśmy tą walkę! SAMI!
Czy jestem dumna? Nie! Bo wiem, że nie powinniśmy być sami.
Ta sytuacja zweryfikowała wiele “przyjaźni” i znajomości. Pokazała, że nawet najbliższa rodzina potrafi zawieść w najważniejszych momentach.

Dlatego przy okazji tego dnia- mam prośbę! Nie zapominajcie o swoich znajomych, rodzinie i przyjaciołach. Oni naprawdę chcą, żeby przy nich być, żeby im robić ten “kłopot” i zawracać głowę. Chcą, żeby traktować ich normalnie i żeby mieli kogoś, z kim mogą porozmawiać o plotkach na pudelku! Pomóżcie im wrócić do normalnego życia!
I odwiedzajcie czasami grób Aniołka- niech wiedzą, że też pamiętacie. Bo to jest trochę tak, że jak umiera dorosła osoba, którą wszyscy znali, to każdy się poczuwa, żeby czasami tam przyjść i zapalić lampkę. A jak umiera dziecko, które znali tylko jego rodzice, to nikt takiego obowiązku nie odczuwa. A rodzicom naprawdę jest łatwiej, kiedy wiedzą, że ich dziecko, mimo że Aniołek, jest akceptowane i zauważane przez dziadków, ciocie, wujków albo przyjaciół.
Dla mnie to jest bardzo ważne. I cholernie mi przykro co roku, kiedy o urodzinach i rocznicy śmierci pamiętamy tylko my! Albo gdy nikt w święta nie zajrzy. Bo wydaje mi się, że Wiktorkowi też jest przykro, że nikt go nie odwiedza!
Nie zawiedźcie swoich bliskich, których dotknął ten sam los.
Oni was potrzebują!


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

36 komentarzy do “Rodzice Aniołków nie chcą być sami

  • Kasia7212

    Marta jesteś wielka …. tekst przeczytałam do końca prawie nie oddychając ale czytając komentarze pod nim nie wytrzymałam, wybuchłam …. najpierw zaczęłam cicho łkać a potem ryczałam, ryczałam jak bóbr aż mąż się wystraszył i spytał: “co się stało” odpowiedziałam …. przytulił mnie mocno i również sam uronił łzę …. nam zdarzyło się dwa razy nie zobaczyć naszych Aniołków … pierwszy raz było to 9 lat temu w 12 tyg. kiedy serduszko przestało bić, a drugi raz to niektórzy powiedzą że przecież nie mogę cierpieć bo nic nie było … fakt za drugim razem jajo było puste ale zanim się o tym dowiedziałam to przez 13 tyg. chodziłam tak szczęśliwa, że zdawało mi się że unoszę się w powietrzu …. było to dwa lata temu więc rana jest świeża i kiedy po roku dowiedziałam się, że jestem znowu w ciąży nikomu nic nie powiedziałam aż do 4 miesiąca bo tak się bałam, że znowu może nam się to przydarzyć ale tym razem się udało i Tomek będzie w grudniu kończył rok …. i pomimo tego, że mam już troje dzieci to nigdy nie zapomnę, że miały być z nami jeszcze inne dzieciaczki ….

  • ICADOO MONIKI

    Przeczytałam, ryczę jak bóbr, przykro mi strasznie, mimo to uważam, że trzeba o tym pisać, bo tak naprawdę jest mnóstwo takich przypadków i otoczenie po prostu nie wie jak się zachować w takich sytuacjach, żeby nie zranić rodziców zmarłego dziecka. Cieszę się, że taka silna babka jesteś… Ja znowu odwrotnie… Wylewna jestem i po porodzie mięczak…

  • Katarzyna B.

    W mojej rodzinie zdarzały się poronienia. I to jest fakt, ja sama miałam wrażenie, że tylko bym tej osobie przeszkadzała. Ale przytuliłam i mowiłam, że jakby chciala pogadać to ja jestem. . . Tule i ściskam. Trzymaj sie.

  • Ameliowa Kraina

    Niestety znam to uczucie.. :( nasza córeczka też jest w niebie.. odeszła tydzień po naszym ślubie.. :( nigdy się z tym nie pogodzę.. :( u nas też rodzina, przyjaciele zawiedli.. nikt o niej nie pamięta.. :( tylko my.. [*]

  • ania

    moja najwspanialsza na świecie córka narodziła się rok i dzień po tym jak pożegnałam jej młodsze rodzeństwo… gdy w piątkowy wieczór stałam w szpitlanym korytarzu z bólem, jednego wieczoru bo żegnałam… innego bo witałam na świecie moją maleńką miłość…
    tak niewielu o tym wie… to już niedługo rok… mam nadzieję, że basieńkowy klonik będzie już miał pączki…

    Marta (czy mogę tak?) będę pamiętać… [*]

  • Agnieszka Koziak

    Cóż…. wiem czym jest strata. Mój Kubuś zmarł we mnie w 34 tygodniu ciąży – zanim zdążyłam go przywitać. 3 lata temu. Dalej tak mocno to boli… Zmieniłam przyjaciół – okazało się, że wcale ich nie miałam, zmieniłam środowisko i pod wpływem doświadczeń – sama się zmieniłam.

  • Anonymous

    Marta wiem co czujesz,a może bardziej mi się wydaje. Ja straciłam trójkę dzieci. Było mi pewnie “łatwiej”,bo to były początki ciąży… Wtedy właśnie nikt nie chciał mi “przeszkadzać”. Brakowało mi ludzi w tych chwilach. Czasami leżę wieczorem i zastanawiam się jakby wyglądały… Ogromną ulgę daje mi zapalenie świeczki na Żarowskim cmentarzu przy pomniku “Pamięci Dzieci Nienarodzonych”. Teraz rzadko bywam w Żarowie ale zawsze się staram żeby iść w to miejsce i pomodlić się,wtedy czuję jakąś wewnętrzną ulgę.
    Denerwuje mnie,że nikt właśnie więcej o tym nie pamięta… Nikt! Kiedyś zapaliłam świeczkę będąc tam z siostrą. Jej reakcja??? Co Ty robisz?! Po co?!
    Wtedy nikt ze mną “o tym” nie chciał rozmawiać, a teraz nikt “tego” nie chce pamiętać…
    To boli…

  • PATRYCJA

    Nie jest mi obce o czym piszesz. Ja straciłam pierwsze dziecko w 13 tygodniu ciąży 24.01.2003 (*). Miało wadę, nie zamknięcie jamy brzusznej i poprzemieszczane pozostałe narządy, tylko serduszko było na swoim miejscu. Bardzo dobrze pamiętam, jak czułam się osamotniona w swoim bólu… To było straszne i to właśnie najbliżsi mnie zawiedli, nie było ich przy mnie. Każdy miał swoje życie i swoje sprawy. Drugie dziecko było dla mnie lekarstwem na ból, smutek i pustkę. Dzisiaj mam 9 letniego Synka. Kolejną traumę przeżyłam, jak 3 lata temu urodziłam Córeczkę w 25 tygodniu ciąży. Ważyła zaledwie 660 gram, miało Jej nie być. Ale Bóg chciał inaczej. Po wielkiej walce o życie, na pograniczu śmierci i życia- wygrałyśmy walkę!!! Ale też miałam wrażenie, że jestem z tym sama i byłam…

  • aAnna Paprocka

    Moj Aniolek ma swoje miejsce w moim i meza sercu. Jeszcze niee zdazylismy sie Nim nacieszyc a juz Go stracilismy. To byl 8/9tydz,widzielismy bijace serduszko i koniec “ciaza obumarla”. Ciaza? To bylo MOJE DZIECKONASZE DZIECKO!! *12.03.2009 na zawsze w Naszych sercach :( Trzymajcie si,jestem myslami z Wami.

  • Dag

    Nigdy nie straciłam dziecka i nie potrafię do końca zrozumieć co wtedy się czuje, co Ty czułaś.
    W mojej rodzinie odeszła trójka małych dzieci (moje dwie babcie straciły po jednym dziecku, i moja ciocia) i od zawsze chodzimy we wszystkich świętych na ich groby. Zawsze wspominamy w tym dniu i nie tylko Jurka, Mareczka i Jasia. w mojej rodzinie to naturalne, choć nie wiem jakie wsparcie otrzymały babcie i ciocia – nie było mnie wtedy na świecie, albo byłam bardzo mała.
    Jedno mnie tylko zastanawia (przynajmniej w moim regionie tak jest) że dziecięce groby są w osobnej części cmentarza, czemu nie np. w grobach rodzinnych?
    Kiedyś gdy rozmawiałam z moimi dziadkami o śmierciach różnych osób w naszej rodzinie, mój dziadek rzucił, że “nasz Jurek miałby dziś 56 lat” i tak sobie uświadomiłam, że to żyje w rodzicach do końca ich dni. Mój dziadek również odszedł 2 lata po wypowiedzeniu tych słów :-(

  • Ania

    Nawet nie chce sobie wyobrazac co czulas i czujesz Ty i wszystkie mamy ktore stracily swoje malenstwa… Ja mogam stracic swoich synkow i cale 2miesiace zylam w przerazliwym strach ze moge ich stracic. Dlatego podziwiam Cie ze sobie z tym dalas rade. Ja nie wiem czy bym potrafila..

  • Anonymous

    Kochana ściskam Cie, Was mocno! Mogę sobie tylko wyobrazić Wasza tęsknotę i podziwiam Twoją siłę i otwartość! Uważam, że trzeba umieć o tym rozmawiać, bo to może dotknąć każdego z nas a wsparcie otoczenia jest niezwykle ważne. Czasami naprawdę lepiej jest się wygadać, niż unikać tematu! Ja również jestem mamą nienarodzonego Aniołka. Trzymajcie cię mocno! :* Jagoda W.

  • Elenka

    :( To ból, który nigdy nikomu nie powinien się trafić :(
    Ja miałam “tylko” przeraźliwy strach. Co dzień dziękuję wszystkiemu, że ból straty został mi darowany.
    Zostaje nam tylko być… Tam, gdzie Wy nas potrzebujecie.

  • Jadalna

    Nie wyobrażam sobie przez co musieliście przejść, ale poradziliście sobie cudownie. Teraz dzięki Tobie wiem, że wystarczy być obok, chociaż razem pomilczeć – dziękuję Ci za ten post – wcześniej nie patrzyłam na to z tej strony. Pozdrawiam i ściskam!

  • martas

    Dziękuję Wam za komentarze- nie odpisuję na każdy z osobna, bo słów mi już trochę brakuję!
    Dziękuję za wsparcie, szczerość i chęć wypowiedzenia się w tym trudnym temacie!
    O tym trzeba rozmawiać, to pewne. I myślę, że właśnie poczyniliśmy pierwszy krok ku oswojeniu tego “demona”!

  • SamaWieszKto

    Ja też czuję, że nawaliłam :( Twój ból przywoływał wspomnienie o moim, starałam się, ale nie potrafiłam wrócić do normalności , przepraszam… choć wiem, że nie tego oczekujesz… Wciąż mam zdjęcie Wiktora, pamiętam…, choć tego nie mówię, mam nadzieję że wiesz…

  • Joanna W.

    Straciłam dziecko w 10 tygodniu ciąży. Najgorszy był dla mnie 1 miesiąc. Na szczęście ( w nieszczęściu) cały czas ktoś do nas wpadał i zmieniał tok myśli na inne, weselsze. Choć na chwilę. Teraz jestem mamą dójki wspaniałych dzieci (różnica dwa lata), ale i tak co jakiś czas myślami wracam do tamtych dni. tulę mocno i sercem wspieram.

  • Anonymous

    Ogromnie mi przykro, brakuje mi słów po przeczytaniu tego tekstu, żałuję,że mieszkamy tak daleko od siebie, bo chętnie poznałabym Panią. Jestem pod wrażeniem Pani otwartości, ale też siły i determinacji, brakuje mi tak szczerych i otwartych ludzi w moim otoczeniu, mało kto zdobyłby się na takie wyznania, wielki szacunek. Pozdrawiam gorąco i ściskam mocno. Ewelina (mama bliźniąt)

  • Olivia T.K

    Też wolałbym nie być częścią tego święta. Ja jestem mamą czwórki dzieci z czego tylko jedno jest z nami. Patrząc na naszego Synka zastanawiam się jakie byłyby nasze dzieci. Ale niestety nie było nam dane ich poznać, przytulić. Tak jak Wy zostliśmy sami z naszym dramatem. Nie wiele osób było w stanie o tym z nami rozmawiać, a było to dla mnie bardzo potrzebne. Ból pozostał do dziś i będzie mi towarzyszyć do końca życia, ale trzeba żyć dalej, bo mam dla kogo.

  • Wypaplani

    ‘To tak jakby komuś amputować rękę, zawsze jej będzie brakować’ – chyba lepszego określenia nie można było znaleźć.
    Mimo, że już Ci to dziś mówiłam, to powtórzę jeszcze raz – bardzo mi przykro, ściskam mocno!

  • Marta Bielak

    Martuś, Jesteś Wielka i sama doskonale wiesz jaka silna (chyba najsilniejsza z naszej “trójki”). Tamtego dnia, po Twoim smsie przez kilka dni nie mogłam znaleźć sobie w domu miejsca, biłam się z myślami czy dzwonić czy nie, czy pisać czy nie. A wszystko przez to, że sama byłam młodą mamą i nie byłam pewna czy pojawienie się u Was z małym z dzieckiem nie będzie zbyt bolesne. W tamtym roku w styczniu po twoim smsie o chłopcach emocje wróciły, na szczęście skończyło się dobrze. O Wiktorku pamiętam cały czas. Dla mnie zawsze jesteś Mamą trójki cudownych dzieci. Buziaki !!!

  • Anonymous

    A ja nie wiedziałam……….i jest mi tym bardziej smutno..i nawet nie wiem co powiedzieć……tylko facebook nam dziś został……….takie chore czasy…a mieszkamy nie daleko od siebie…..tym bardziej przykre. Buziaki

    • Katarzyna Cieślak

      Martuś przytulam Cię… Bardzo identyfikuję się z tym co napisałaś… czytając ten tekst łzy ciekły mi po policzkach… od straty mojego Aniołka w sierpniu minął rok. Kiedy zaszłam w ciąże lekarze mówili nam, ze dziecko jest chore i z pewnością nie dotrwa do naturalnego zakończenia ciąży, ale ja jak to matka miałam nadzieję i tą nadzieją żyłam całe 9 miesięcy. Maksymilian miał się urodzić 4 sierpnia a przyszedł na świat 2, także urodził się o czasie, jednak tuz po narodzinach nas zostawił, zdążyliśmy jeszcze go ucałować..tak naprawdę to siedziałam na szpitalnym łóżku i kołysałam swoje dziecko… a potem to pozostała głęboka pustka…. Oczywiście jak najszybciej starałam się pozbierać i przed nikim nie użalać, nie płakać i nawet mi to wychodziło, chciałam być silna, szczególnie dla starszego dziecka, mojej ukochanej córeczki. Tylko teraz czuję, że tak do końca nie przeżyłam tej żałoby tak fizycznie tylko w sercu i nie raz mam ochotę sobie pokrzyczeć tak z całej mojej siły albo jak jestem na cmentarzu rzucić się na grób i przytulić…

  • Anonymous

    hej kochana,my mielismy to samo – a raczej nie…pierwsze usg – szczesliwi jedziemy zobaczyc naszego Franka …i pytanie lekarza ktory tydzien,kiedy byl okres i ze dziecku serce nie bije..to byl tylko 13 tydzien.a moze juz…nie wiem.wiem ze przez pierwszymiesiac robilam filipowi jazdy za wszystko…plakalam tak o po prostu rano,wieczorem po poludniu,wychodzilam z pracy mowiac ze zle sie czuje i juz…choc wszyscy wiedzieli.glupcy pochwalailsmy sie tydzien przed usg.wszystkim.nie moglismy wytrzymac ze szczescia.wszyscy mowili ze bedzie dobrze,ze moge miec dzieci,jeszcze mam czas.ze to moglo urodzic sie chore..i co ??? nie obchodzilo mnie to bo to bylo moje dziecko – moje 13tyg dziecko – Franciszek.mam teraz blizniaki – i wiem ze by ich nie bylo gdyby wszystko skonczylo sie dobrze….ale wiem jak to jest zostac sama z filipem i z dala od rodziny…przyjaciol.poradzilismy sobie.tak jak mowisz bol jest,emocje mniejsze.moge o tym mowic nie placzac.choc czasem mam lzy w oczach i bol chwyta za gardlo.dla mnie to bylo moje dziecko – moj 13tyg Franciszek.buziaki kochana.

  • Monika

    Pamietam slowa twojej wiadomosci, traktuj mnie tak samo, wciąż jestem taka jak byla, nie jestem zgnitym jajkiem…. Nie czuje tego bólu, przepraszam. Chcialabym moc pomoc i zabrac trochę tego nieszczęścia by bylo Wam lżej. Nie moglam. Tez czuje ze zawiodłam, ze sie balam, nie umiałam sie odnalesc i udawać ze dalej jest normalnie….. Czy myślę o Wiktorze, czy pamietam? Tak, czesto. Wciąż mam jedno z jego pierwszych zdjęć, i wciąż zaluje ze nie bylo mnie wtedy kiedy byc powinnam. Przepraszam i dziekuje ze napisałaś ten tekst wiem ze to wciąż jest i zawsze będzie….

  • Matka Prezesa

    Nigdy nie zapomnę słów lekarza:
    – Przykro mi. Straci Pani to dziecko.

    Jak ja wtedy płakałam. Nie, nie płakałam. Wyłam.
    Wyłam dlaczego ja? Dlaczego Jaś? Dlaczego?
    I do dzisiaj nie dostalam odpowiedzi …

    Co dziennie – przez ponad miesiąc oglądałam ludzkie tragedie. Rodziców załamanych utratą dziecka, matki które płakały, bo utraciły swój najcenniejszy skarb.

    A ja byłam tak blisko utraty Jasia, że do dzisiaj czuję, że jest to wręcz namacalne …

    Martuś tulę Cię wirtualnie! :*