Nigdy siebie nie zaakceptuję 1


Oglądasz zdjęcia na instagramie i zachwycasz się- jaka ta zgrabna, jaka tamta ładna? Patrzysz na koleżanki i wszystkie mają w sobie coś super, tylko nie ty? A może masz tylko jedną rzecz, której w sobie nie lubisz, i na którą zwracasz uwagę u siebie i u innych. Zupełnym przypadkiem każdy akurat tę rzecz ma w porządku, tylko nie ty. Czujesz się mniej olśniewająca, zwyczajna, mało atrakcyjna, za gruba, za chuda, niedoskonała? Czujesz, że to cię zasmuca, dominuje w twoich myślach, sprawia, że gorzej się czujesz? Musisz wiedzieć, że nie jesteś jedyna.

Wszyscy miewamy problemy z akceptacją

To zapewne mało popularne zjawisko, żeby mówić publicznie o swoich niedoskonałościach i psuć idealnie wykreowany wizerunek, ale ja to zrobię. Co prawda nie wiem czy mam jakikolwiek wykreowany wizerunek, bo jeszcze nie znalazłam na siebie spójnego pomysłu, który chciałabym wam pokazać, a wszystko to, co widzicie, to po prostu cała ja- bez składu i ładu, z całościowym chaosem życiowym. Na zdjęciach nie widać tego co jest w mojej głowie. Na zdjęciach nie zauważycie, że ktoś czegoś w sobie nie akceptuje, że być może każdego dnia zadręcza siebie samego myślami, że chciałaby w sobie zmienić to czy tamto. Na zdjęciach nie można zauważyć czyjejś niskiej samooceny i braku akceptacji samego siebie. Zdjęcie to tylko jakiś moment, jeden uśmiech, jedna chwila. Bardzo często zanim to jedno zdjęcie pojawi się w social mediach, najpierw powstaje ich około 30, to wybrane jest wielokrotnie sprawdzane, nakładane są na niego filtry, poprawiane… Wszystko, żeby ukryć to, czego się pokazać nie chce. Po co wam to piszę? Żebyście mieli świadomość, że żadna z nas nie jest idealna i wszystkie mamy swoje niedoskonałości. Tylko jedne z nas się nimi przejmują bardziej, a inne mniej.

Przyznaję się, nie potrafię zaakceptować samej siebie

Nie pamiętam kiedy się to zaczęło i od jak dawna to trwa. Być może było tak od zawsze, tylko w mniejszym stopniu i nie zwracałam na to, aż takiej uwagi. Być może moje 30 urodziny, które były dla mnie bardzo przełomowe, i jakkolwiek głupio to nie zabrzmi- stresujące, sprawiły, że zaczęłam zwracać większą uwagę na samą siebie. Może otoczenie, w którym od jakiegoś czasu mieszkam, wywiera jakiś wpływ. Nie wiem. Ale prawda jest taka, że jak bardzo bym się nie starała olewać swoje niedoskonałości, tak zawsze one gdzieś tam są i zaśmiecają moją głowę. I co z tego, że nie mam poważniejszych powodów, żeby się siebie czepiać, co z tego, że doskonale o tym wiem. Skoro sama ze sobą się nie lubię. Kiedy obsesyjnie mierzę sobie obwody kilka razy w miesiącu, co drugi dzień staję na wagę i szukam dziury w całym. Tak jakby dodatkowy centymetr na brzuchu zmieniał jakoś moje życie. Ten sam, którego za kilka dni nie będzie, bo wystarczy, że dwa razy nie zjem kolacji. To niczego w moim życiu nie zmienia. Nie muszę być idealna. Nie muszę mieć figury modelki. Nie muszę się komukolwiek podobać. Doskonale o tym wiem. A mimo to, czepiam się siebie i już. Tak jakbym zapominała, że są w życiu ważniejsze rzeczy niż płaski brzuch i głaska skóra pod oczami.

Z czego może wynikać brak akceptacji?

Psycholog powiedziałby zapewne, żeby poszukać źródeł w dzieciństwie. No to szukam. Dalej szukam. I nic nie znajduję. Nigdy nie byłam gruba. Nigdy nie musiałam się wstydzić swojego wyglądu. Nigdy nie miałam problemu z wyśmiewającymi mnie rówieśnikami (chyba, że dlatego, że się za dobrze uczyłam i uważano mnie za kujonkę). Miałam różowe kiecki, dres z Królem Lwem (czy co tam było na topie), kitkę czesaną z boku (to był hit!), stroiłam się jak laleczka. Patrząc wstecz, byłam niezłą wieśniarą. Później jako nastolatka miałam etap czarnych ciuchów, bo wyszczuplały, chociaż i bez tych ciuchów byłam chuda. Być może rodzice prawili mi za mało komplementów, bo tata na pytanie “jak wyglądam?”, zawsze odpowiadał “od wyglądania jest okno”. A Mężu sobie jaja robi z mojego narzekania na wygląd. Jednak jak wymyślam, że może bym sobie to i tamto poprawiła to się oburza, że jemu się podobam taka jaka jestem i żadnych sztucznych cycków albo naciągniętych policzków nie potrzebuję.

Po co wam to piszę? Po to, żebyście wiedziały, że to bez sensu. Żebyście przeczytały ten tekst i pomyślały “ale ona jest głupia!”. Bo jestem. Jeśli mogę uważać siebie za grubą, nosząc rozmiar 36, to jak to inaczej nazwać jeśli nie głupotą? Jak już mnie ocenicie, to pomyślcie nad sobą i odkryjcie, że też tak robicie, że też się siebie czepiacie, że wymyślacie sobie problemy typu zmarszczki, fałdka na brzuchu czy cellulit na nogach. Więc jak już dostrzeżecie, że się głupio zachowujemy to w kolejnym kroku wyciągnijcie kartkę i zapiszcie co w sobie lubicie, co macie fajnego. Ja na przykład lubię swoje oczy i włosy. Lubię swój uśmiech i dystans do świata. Lubię swoje stopy i podobno nogi mam też niezłe. Wychodzi na to, że nie lubię tylko swojego brzucha. Chociaż mimo ciąż, nie ma na nim rozstępów ani rozciągniętej skóry. Ale nie lubię go i już. Czy powinnam zatruwać swoje życie tym, że go nie lubię? Nie. Czy powinnam się przejmować jedną rzeczą, skoro tak wiele innych mi się podoba? Nie sądzę.
W takim razie może wspólnie przestaniemy się porównywać z gwiazdami, które dwa tygodnie po porodzie mają 6-pak na brzuchu i zawsze wyglądają olśniewająco. Wspólnie porzucimy swoje kompleksy i życie pod presją super wyglądu. Nie mówcie mi, że przesadzam, bo jakbyśmy nie czuli tej presji to gabinety kosmetyczne nie przeżywałyby takiego oblężenia. Kosmetyczki nie nadążają z przyklejaniem kolejnych rzęs, wypełnianiem ust czy robieniem makijaży permanentnych. Szalejemy na punkcie swojego wyglądu i same siebie wpędzamy w kompleksy, z których później bardzo ciężko wyjść. Ja samą siebie zapędziłam w kozi róg i postanowiłam o tym napisać, bo być może zainspiruję którąś z was do zmian w postrzeganiu samej siebie, a przy okazji robię taką osobistą autoterapię.

No to dawajcie- lubicie siebie?

 


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Komentarz do “Nigdy siebie nie zaakceptuję

  • Małgorzata

    Codzinnie jak spojrzę na siebie w lustrze potrafię powiedzieć, że lubię te istotę uśmiechającą się niesmiale, także tak lubie siebie. Mam w sobie świetnego kumpla. Jednak nie przyszło tak po prostu. A i jakby dobrze poszukać to nie lubie swojego brzucha czy tam innych rzeczy. Jak się dobrze poszuka to się na pewno coś znajdzie 😜 a presja jest, codziennie z kazdego kąta wychyla się ktoś lub coś i mówi ze nie jest jak być powinno a już na pewno może być lepiej. Cały klucz polega na tym żeby zaakceptować to na co wpływu nie mamy, pracować to nad czym możemy i nie dać się zwariować w tym zwariowanym świecie nieperfekcyjnej perfekcji. 😘 Pozdrowienia