Sześć lat minęło, kolejne sto sześć przed nami


Od kilku dni chodzimy z Mężowskim i co chwilę wzdychamy “jeju, to już 6 lat”, “to niemożliwe, że oni są tacy duzi”, “kiedy to zleciało”.

SERIO! Chłopaki kończą 6 lat. S Z E Ś Ć!
Jeszcze przed chwilą walczyliśmy o ich życie. Jeszcze niedawno myślałam, że wystrzelę ich w kosmos, umrę ze zmęczenia, nie wytrzymam z braku snu a siebie oddam dobrowolnie do domu wariatów. Nic takiego się jednak nie stało. Z mniejszym lub większym sukcesem albo porażką przebrnęliśmy przez ząbkowanie, odpieluchowanie i pierwsze dni w przedszkolu. By dojść do miejsca, w którym jesteśmy teraz.
Ostatnio kilkukrotnie ktoś pytał mnie czy ze starszymi bliźniakami jest łatwiej czy trudniej? Czy nadal jest taki chaos i co planuję w związku ze zbliżającą się wielkimi krokami szkołą. Myślę, że właśnie nadarzyła się idealna okazja do odpowiedzenia na te pytania.

Sześć lat – to łatwiejszy czy trudniejszy wiek dla rodziców?

Pewnie odpowiedź zależy od samych rodziców, od tego co dla nich jest przyjemniejszą i absolutnie nielubianą częścią opieki nad dzieckiem. Dla mnie od jakiegoś roku rozpoczęło się wygodniejsze macierzyństwo. Zostawiliśmy daleko w tyle najgorszy okres pierwszych dwóch lat naszego wspólnego życia, który po prostu wyparłam z pamięci. A jeśli próbuję sobie przypomnieć pierwszy rok to przed oczami mam siebie jako zombie, jedzącą w biegu, żyjącą o kawie i śpiącą 4 godziny na dobę. W ciągłym stresie o zdrowie chłopaków, permanentnym zmęczeniu i ledwo znoszącą kolejne podwójne płacze. Drugi rok był mniej wyczerpujący ale nadal wymagał od nas nadludzkich sił. Trzeci to już zdecydowanie przyjemniejszy etap ale wtedy zaczęły się ogromne kłótnie między chłopakami i ani na sekundę nie można ich było zostawić samych, żeby się nie pozabijali. Czwarty rok to głównie choroby, choroby i jeszcze raz choroby. Ostatni rok, po piątych urodzinach, to wreszcie czas równowagi. Nie brakowało oczywiście trudnych chwil, kilku chorób i problemów wychowawczych, które nas martwiły. Ale to już ten czas, kiedy dziecko samo się ubiera, samo zje, jest bardziej ogarnięte i nie potrzebuje matki/ojca chodzącego za nim krok w krok. Zdecydowanie poczuliśmy więcej luzu zarówno na co dzień jak i na wakacjach. Teraz jest ten czas, gdy mówimy “idźcie się bawić do siebie” i oni idą. Znajdują sobie zabawę i zajmują się sobą. Czasami spędzają weekend u babci. I generalnie dają nam odetchnąć. Są blisko ze sobą, rzadko się kłócą, wspierają się, pomagają nam i sobie nawzajem. Są zgrani i zdyscyplinowani, co znacznie ułatwia nam codzienne życie.
Nadal oczywiście są roztargnieni i trzeba im o wielu rzeczach przypominać ale nawet zwykłe wyjście z domu nie jest walką, w której matka upoci się jak świnia zanim ubierze szaloną dwójkę. Teraz szalona dwójka dostaje polecenia ubrania kurtki, butów i bycia gotowym do wyjścia. Jasne, że po sto razy przypominam i zawracam, bo szedł po kurtkę a zabłądził w swoim pokoju z zabawką w ręce. Ale szykują się sami a później wskakują do auta, sami zapinają się w pasy i są gotowi do drogi. Nie wiedziałam, że to taki luksus i znacząca różnica dopóki nie odczułam tego na własnej skórze.
Jeśli pytacie czy teraz jest łatwiej- to ja uważam, że łatwiej. Jeśli jesteście rodzicami młodszych bliźniąt to głowa do góry. Jak skończą 4-5 lat wiele spraw się unormuje. O ile oczywiście dobrze poprowadzicie swoje dzieci. Jasne, że im starsi tym więcej pyskują i próbują stawiać na swoim, za pomocą bardzo logicznych argumentów. Ale jeśli nie płaczą całymi dniami i dają mi się wyspać- to wszystko inne jestem w stanie znieść z godnością. No i nie ukrywam, że teraz zdecydowanie bardziej stawiam na dyscyplinę i słuchanie moich poleceń. Jak byli mniejsi to odpuszczałam, tłumaczyłam, że nie rozumieją, są mali i delikatni. Ale teraz, mając dwóch upartych małych mężczyzn w domu, nie mogę sobie pozwolić na bycie miękką kobietą. I wiecie co? Tak jest łatwiej nam i im. Dziecko wbrew pozorom lubi jasne komunikaty, stanowcze decyzje i konkretne granice. Każdy wie co mu wolno a czego nie, co należy do jego obowiązków. I cała rodzina działa jak jedna wielka dobrze naoliwiona maszyna. Maszyna, która w wolnych chwilach lubi grać w gry planszowe i dużo się przytulać.

Wizja szkoły

Nie ma co ukrywać, szkoła coraz bliżej. Nie zamierzam wysyłać ich wcześniej, czekamy do 7 lat więc w tym roku jeszcze nie zajmuję sobie tym głowy. Co nie oznacza, że o tym nie myślę, bo myślę często. Zastanawiamy się do której szkoły ich zapisać. Czy lepiej do większej, blisko moich rodziców, żeby w razie czego mogli ich czasami odbierać. Czy lepiej do małej, do której będziemy musieli raczej ich dowozić i odbierać sami. Ale mniejsza, z dobrą opinią. Najlepiej by było do dwóch osobnych klas ale w tej mniejszej nie ma takiej opcji, a poza tym czy damy radę logistycznie. Jeśli będą mieli różne plany lekcji, to czy będę spędzała pół dnia w aucie? Jak będzie z odrabianiem lekcji z dwójką na raz, gdzie jeden pracuje szybciej niż drugi? Także widzicie, że wątpliwości mam wiele. Czas pokaże jak to wszystko będzie wyglądać.

Na razie cieszę się tym, że mamy za sobą całkiem szczęśliwe sześć lat. Mimo że dzień narodzin Chłopców był okupiony łzami, niepewnością i wielkim stresem. Mimo ogromnych problemów na początku, dramatycznych wydarzeń, wielu niepokojów, zmartwień o stan zdrowia. Mimo trudu, zmęczenia, poświęconego czasu i energii na wyrównywanie i nadrabianie tego, co zabrało wcześniactwo. Mimo tego wszystkiego, chłopaki rosną, dorastają, zmieniają się każdego dnia i pokazują, że kolejne sto sześć lat wcale nie będą łatwiejsze. Ale na pewno równie szczęśliwe.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *