To nie Twoja wina Mamo! 12


Każda Matka, której dziecko rodzi się przedwcześnie, jest chore lub umiera- szuka najpierw winy w sobie!
Taką mamy naturę, tacy jesteśmy, tak postępujemy w każdej sytuacji!
To naturalny odruch.
Chociaż w tym przypadku błędem jest obwinianie samej siebie, za rzeczy na które nie miało się wpływu!
Pewne rzeczy po prostu się dzieją!
Żadna Matka nie chce, żeby jej dziecko urodziło się za wcześnie! Żadna Matka nie chce, żeby jej dziecko spędzało w inkubatorze kilka tygodni! Nie można więc sądzić, że jest to jej wina.

Ciężko jednak utrzymywać się w innym przekonaniu, gdy sami lekarze potrafią sugerować…
Na naszym oddziale większość lekarzy była świetna- rzetelni, spokojnie tłumaczący co się dzieje z dziećmi, życzliwi. Na moje pytanie: “dlaczego tak się stało?”, odpowiadali “czasami tak się dzieje- nie mamy na to wpływu”.
Aż pewnego dnia wchodząc jak zwykle na OITN słyszę głos lekarza, którego widzę pierwszy raz na oczy “Pani jest chora i zaraziła pani dzieci- musieliśmy włączyć jeszcze jeden antybiotyk, bo infekcja nie schodzi”.
W pierwszej chwili szok- chora? na co? przecież mi nic nie jest! Dali antybiotyk jak mi odeszły wody ale podobno w razie czego, bo przebicie pęcherza może doprowadzić do zainfekowania wód. Badanie w normie, wszelkie wirusy/bakterie ujemne. Nawet na HIV badanie robiłam, bo ginekolog twierdził, że teraz są takie standardy.
Po serii pytań dodatkowych z mojej strony okazało się, że wody faktycznie się zainfekowały- a że Chłopcy urodzili się 3 dni po ich odejściu to zdążyli złapać bakterie.
Gdybym miała słabszą psychikę- zapewne udałoby się temu lekarzowi wmówić mi, że to moja wina!
Ale TO NIE BYŁA MOJA WINA!
Niczego nie zrobiłam celowo, dbałam o siebie, robiłam badania. Nic więcej nie mogłam zrobić!

Mogłam za to zrobić więcej dla siebie po takim porodzie!
Pierwsze dni są najgorsze! Czekanie na każdą wiadomość, samo patrzenie na malutką iskierkę- taką inną od dzieci urodzonych o czasie, maciupką, o dziwnym kolorze, ze sklejonymi oczkami, miniaturkową ręką.
Samo patrzenie boli. Każda myśl co czuje takie dziecko rozrywa na pół, a próba wyobrażenia sobie jego cierpienia rozbija na milion kawałków! Jedne Matki płaczą przy inkubatorach, inne tak jak ja- stoją z zaciśniętymi ustami i pięściami, mówiąc sobie i wszystkim w koło, że będzie dobrze. Nie pozwalając sobie na chwilę słabości…
Moim największym błędem było to, że nie skorzystałam z opieki psychologa. W szpitalu, w którym rodziłam akurat powstał etat psychologa szpitalnego. Więc był. W wielu dużych szpitalach jest! Gorąco namawiam do korzystania z ich pomocy- choćby jednorazowo, nawet po to, by z nim pomilczeć! Często są w przychodniach. I na pewno jest mnóstwo gabinetów prywatnych!

Warto szukać pomocy- w rodzinie, mężu, przyjaciołach. Nawet gdy nie rozumieją tego co czujemy, to dobrze gdy są obok i wspierają!

Wszelkie uczucia towarzyszące pierwszym dniom, tygodniom po porodzie są normalne- można się bać własnego dziecka, można nie chcieć go zobaczyć (ja pierwszy raz poszłam dopiero na drugi dzień, na kilka sekund! Bałam się, nie umiałam pójść tam sama, nie chciałam), naturalny jest strach przed pokochaniem (bo co będzie jak go stracę?), zupełnie normalne jest też odrzucanie własnych uczuć!
Nie ma złych emocji, nie ma złych uczuć! Po takim traumatycznym przeżyciu- organizm zachowuje się różnie. Trzeba dać sobie czas i swobodę na zaadaptowanie się do nowej sytuacji, odnalezienie się w niej. Walczenie z samym sobą nie przyniesie dobrego skutku!
Zaakceptowanie własnych emocji naprawdę pomaga!

Po śmierci pierwszego dziecka i skrajnie przedwczesnym porodzie bliźniąt (24 tydzień ciąży) miałam ogromny problem z pełnym pokochaniem i stworzeniem silnej więzi z dziećmi. Minęły długie miesiące zanim mogłam powiedzieć, że świata poza nimi nie widzę. Walczyłam o nich, dbałam, przytulałam ale z całych sił broniłam się przed nadmiernym zaangażowaniem się emocjonalnym! Bałam się, że nie zniosę kolejnej straty. Pierwsze dziecko pokochałam od pierwszej minuty Jego życia, obdarzałam szaloną i wielką miłością przez całe 2 tygodnie Jego życia. Wraz z Nim umarł kawałek mnie. Nie chciałam tego czuć po raz drugi…
Można potraktować mnie stereotypowo i powiedzieć, że jestem złą matką bo broniłam się przed miłością do własnych dzieci. Ale ja uważam, że moje uczucia były normalne! Każdy radzi sobie jak potrafi- ja musiałam dojrzeć i pokonać samą siebie, żeby móc powiedzieć, że moje dzieci są moją największą miłością!

Nie warto wstydzić się własnych emocji, ukrywać przed rodziną faktycznej sytuacji albo chroniąc innych brać zbyt wiele na siebie!
Wiem, że niezrozumienie ze strony społeczeństwa jest ogromne. Często w rodzinach brakuje takiego wsparcia. Brakuje wyczucia, ludzie zadają bolesne dla nas pytania, głupio komentują, bagatelizują nasz dramat.
Niestety trzeba sobie i z tym poradzić- najlepiej chyba włączyć się na funkcję “słuch wybiórczy!”
Żadna matka zdrowo urodzonego dziecka nie zrozumie nas- matek (i ojców) wcześniaków!
Żadna osoba nie zrozumie co czujemy patrząc na nasze maciupeńkie skarby, na ich walkę, pokłótą skórę, blizny, szwy, rurki, kabelki i inną aparaturę. Z jaką tęsknotą patrzymy na matki leżące na sali ze swoimi “wielkimi”, urodzonymi o czasie dziećmi.
Emocje, emocje, emocje.
Najważniejsze to mieć świadomość, że to nie jest nasza wina, taka sytuacja przydarza się wielu kobietom, a praktycznie każdemu może się zdarzyć. Każde odczucia się normalne, za nie też nie możemy siebie winić. Swoje trzeba przeżyć, przetrawić… po to, by wziąć się w garść i nabrać siły do walki o zdrowie i normalne dzieciństwo Wcześniaczka-Cudaczka!


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

12 komentarzy do “To nie Twoja wina Mamo!

  • Katarzyna

    Pamiętam jak leżałam chwile przed porodem na sali ogólnej. Przywieźli Panią,która poronila na koniec 6 miesiąca. Leżała ze mną na sali gdzie robilj mi ktg. Czułam się winna, że ona z tym wszystkim sama leży na sali z innymi kobietami, które nie mogą się już doczekać swojego maluszka a tu nagle…Pani wyciąga telefon i obdzwania z uśmiechem ( do dzisiaj mam nadzieję że był to uśmiech rozpaczy?!) wszystkich z informacją ze jest w szpitalu po zabiegu usunięcia płodu! Tak, każdy przeżywa takie tragedie na swój sposób ale ja byłam na nią zła, że tak to ” przeżywa”. A może była to jej reakcja obronną? Nie wiem ale nigdy tego nie zapomnę…

  • Kasia

    Tak przy okazji chciałam Was drogie Mamy zapytać, może macie namiary do lekarza immunologa, diagnozujacego niedobory odporności u dzieci. Może być Wrocław lub okolice. Jestem z Kościana, blisko Leszna. Z góry dziękuję

  • PATRYCJA

    Nie wiem piszesz o mnie??? Bo to tekst o mnie… o moim życiu, o moich emocjach… Czy wszystkie tak mamy? Ja też broniłam się przed pokochaniem mojej Córeczki ( Iguni 25 t.c 660 gram), a dzisiaj KOCHAM JĄ z całych sił… Ale ciągle mam wrażenie, że Ktoś przyniósł mi Ją w koszyczku. Bo przecież nie miałam ogromnego brzucha, nikt mnie nie kopał, nie byłam nawet na porodówce. Urodziłam Igunię na sali pacjentek – sama, zupełnie sama…

  • Kasia

    Bliźniaki przewrocily nasz świat do góry nogami. Ciąża lekką nie była, a pózniej to dopiero się działo. Moja miłość rosła w siłę z dnia na dzień, dojrzewala. Potrzebowałam na to wszystko czasu. Boję się o nich każdego dnia, jak chorują to jestem klebkiem nerwów. Niektórzy mówią, że za bardzo na nich dmucham. Ja powtarzam, że to wynika z doświadczeń. Nie ma porównania i dialogu z matkami , których dzieci nie chorują. A chorują dużoo, są słabsi, dużo niedoborów już wyrównali, ale jeszcze długa droga przed nami. Każda historia jest inna, nie można oceniać. Niestety tych najmądrzejszych jest wielu i będą. Ja już się nimi nie przejmuje, robię swoje a jak już nie daje rady, zawsze obok jest mój mąż- ostoja spokoju.

  • ania

    Lek… Bo to co piekne moze sie skonczyc… Emocje i czas. Jak zaakceptowac ze nie na wszystko mamy wplyw. Jak zaakceptowac ze rzeczy dzieja sie poza nami gdy bol jest nami a nikt tego nie wie nie rozumie… Jak gruba musi być skorupa by przetrwac…

    Pozdrawiam cieplo

  • Zolicha Rut

    Ja w 7 miesiącu urodziłam martwego chłopca ale to nie lekarze okazali się bezduszni ale rodzina i znajomi ponieważ obwiniali mnie i męża za coś na co nie mieliśmy wpływu. Schowaliśmy się w swojej 2-osobowej skorupie na bardzo długo. Bardzo długo decydowałam się na ponowne ryzyko i zajście w ciążę ale udało się i teraz mam dwie babole;}}

  • Matka Prezesa

    Ja miałam to samo. Też się broniłam przed tą miłość. Bałam się, że kiedy pokocham zbyt mocno to go stracę. Minęły dwa tygodnie od powrotu Jasia ze szpitala, kiedy mogłam powiedzieć, że to JUŻ.

  • Monia Paluczyńska

    Współczuję przeżyć i rozumiem wszystko ten strach ,ten ból, jestem w stanie we wszystko uwierzyć w cały ten lęk przed utratą, pomimo że nie przeżyłam nic z tego co Ty, Norbert się zaksztuszal bardzo… Całymi dniami i nocami nie spalam bo bałam się że się udlawi. Byłam wykonczona fizycznie i psychicznie i trwała ta obawa przez 7 miesięcy i dopiero od 2 miesięcy zaczynam spokojniej spać… Choć są dni kiedy coś mu się cofnie i nie potrafi sobie poradzic… :-/

  • Eliza Sawińska

    Mnie też zabolało jak lekarze opiekujący się Małgosią myśleli, że ją głodziłam bo ginekolog stwierdził, że to 25 tc. Gosia ważyła tylko a może AŻ 660 g jak się urodziła a ja wiedziałam, że to 23 tc i zawsze im powtarzałam, że jest młodsza aż w końcu wyszło na moje. Jeśli byłabym słaba na pewno pogrążyłabym się w winie. Małgosia to teraz moje największe szczęście. Choć jak piszesz Marto dla mnie też było trudne by pokochać ją z całych sił od samego początku- za bardzo bolało…

      • Anonim

        To się nazywa hipotrofia płodu i zazwyczaj nie jest to wina matki, tylko np. Niewydolności łożyska, źle rozwiniętej pępowinie, wad genetycznych, infekcji czy szeregu innych niezależnych od nikogo przyczyn.
        Oczywiście zdaża się, ze jest to wina matki- jeśli np. pali papierosy podczas ciąży.