życie po śmierci 2


Długo zbierałam myśli na ten wpis. Kilka razy miałam już prawie gotowy w całości (w głowie) ale jakoś nie mogłam przelać go na papier. Jednak kilkanaście dni temu znowu moje doświadczenie okazało się być komuś potrzebne. Wtedy to do grona Aniołków dołączył dzielny Wojownik, maluteńki wcześniaczek… Dzielnie walczył o swoje życie, chociaż od pierwszych dni nikt nie dawał mu większych szans. Niestety…los nie był dla niego łaskawy. On już przestał cierpieć, jego rodzice dopiero zaczęli. Bardzo przeżyłam tą sytuację, jak każdą taką- w której poniekąd uczestniczę i staram się “pomóc”.
Mam cały wachlarz przeżyć negatywnych. Przedwczesny poród, z którego pamiętam tylko podróż windą i to, że nie mogłam podpisać zgody na operację bo dali mi lek, po którym się trzęsłam jak galareta. Pierwszy obraz Chłopców- dwa maleńkie nietoperze, w niczym nieprzypominające dzieci a w koło nich kabelki, piszcząca aparatura i dzieląca nas pleksa. Tygodnie spędzane w trasie dom-szpital-szpital-dom. Ale ta historia ma szczęśliwe zakończenie.
Chłopcy mają dzisiaj prawie 3 lata i mimo wielu zakrętów i zawirowań- mają się świetnie. Jasne, że wcześniactwo się za nami ciągnie. Oczywiście, że nadal borykamy się z pewnymi zdrowotnymi problemami ale wygrali życie.
Są jednak trudniejsze wspomnienia. Prawie 5 lat temu, Wrocław, szpital, śliczny synek, urodzony w terminie. Diagnoza- wada serca. Operacja, czekanie i słowa lekarza “niestety, nie udało nam się…” 2 tygodnie macierzyństwa i nagle… nie jestem już matką. A może jestem, tylko dziecka już nie mam?

Mimo, że we wszystkich treściach na blogu napisałam o Wiktorku jeden tekst i wspomniałam o Nim zaledwie kilka razy, dostaje od was wiele maili i wiadomości. Podziwiacie mnie, pytacie jak sobie dać radę, nie możecie uwierzyć, że mogę tak po prostu dalej żyć.
Niestety nic nie jest tak po prostu. Ale żyć dalej trzeba. Jakoś.
Nie umiem odpowiedzieć jednoznacznie na najczęściej zadawane pytanie “jak żyć po śmierci dziecka?”
Każdy musi znaleźć swój sposób na ukojenie i wytłumaczenie sobie tego co się stało. Ja jestem zadaniowcem. Wyznaczam sobie cel i go realizuję. Tak samo radzę sobie w sytuacjach stresowych. Ustalam plan i działam. Wtedy też wyznaczałam sobie zadania- umyć okna, wyszorować łazienkę, wyplewić w ogrodzie, wypucować piwnicę. Codziennie, skrupulatnie pilnowałam samą siebie, żeby coś robić. Najbardziej bałam się tego, że jak się chociaż raz złamię i położę do łóżka na pół dnia- to już nigdy z niego nie wstanę.
Do tego, żeby nie zwariować próbowałam myśleć racjonalnie. Tłumaczyłam sobie, że On był bardzo chory, cierpiał, po operacji nastąpiło niedotlenienie… mógłby cierpieć całe życie. Próbowałam sobie wmówić, że tak było dla niego lepiej. Nie wiedziałam, czy powinnam w to wierzyć ale takie myślenie dawało mi ulgę.
Nie umiem płakać, nie umiem się nad sobą użalać. Uciekam i chowam się w skorupę. Jednak takiego rozwiązania nie polecam. W pewnym momencie każdymi otworami wychodzą emocje, których nie sposób zatrzymać a ty nadal nie umiesz ich uzewnętrznić.
Pewnego dnia wylądowałam w szpitalu z objawami niedotlenienia organizmu, myśleli że się czadem albo dymem podtrułam. Spędziłam noc pod tlenem i kroplówką a zawroty głowy i drętwienie kończyn wcale nie ustępowało. Okazało się, że stres mnie tak zeżarł, że w moim organizmie brakowało podstawowych mikroelementów a komórki były niedotlenione. Dlatego od tamtej pory magnez i potas mam zawsze przy sobie.
Zdecydowanie jestem za korzystaniem z pomocy psychologa. Ja oczywiście nie poszłam, bo takie twardzielki jak ja, w dodatku ze znajomością mechanizmów psychologicznych, nie potrzebują. Głupia byłam i tyle! Wiele nieprzepracowanych emocji wyszło mi bokiem już po urodzeniu Chłopców a tamte przeżycia blokowały pełne przeżywanie już szczęśliwego macierzyństwa. Traumy trzeba leczyć. Koniec i kropka!
Nie da rady doradzić Matce Aniołka jak ma żyć. Ale można jej pomóc swoją obecnością. Wszystkie moje znajome, koleżanki- które spotkała ta tragedia mówią to samo “nagle zostałam sama”, “wszyscy mówią, że nie chcą mi przeszkadzać”, “straszne uczucie jak znajomi się nas nagle boją”.
Każda z nich radzi sobie inaczej. Jedna zainwestowała we własny biznes, uciekła w pracę i swoją pasję. Druga ucieka wśród ludzi, jeździ gdzie popadnie byleby nie być samą. Ja zostałam skazana na samotność, bo zamieszkaliśmy z daleka od wszystkich ale byłam tak zdeterminowana, że właśnie wtedy znalazłam wspaniałe przyjaciółki, które są mi bardzo bliskie do dziś.
Człowiek działa jak we mgle, po omacku, łatwo go złamać, wykorzystać. Szukając ukojenia, robi się wiele błędów, czasami pada ofiarą ludzi żerujących na naszym nieszczęściu. Łatwo dać się zranić. Trudniej podnieść po najmniejszej porażce. Wtedy weryfikują się przyjaźnie i znajomości. Czasami traci się pracę albo w drugą stronę- osiąga wielki sukces zawodowy bo gdzieś tą ilość energii trzeba ulokować.
Najgorsze to się poddać samemu sobie.
Najgorsze to zostać samemu ze sobą.
Wsparcie bliskich i determinacja do walki o dalsze życie to podstawa.
TUTAJpisałam, że śmierć dziecka mogę porównać do amputacji ręki, zawsze będzie jej brakować ale w końcu nauczysz się bez niej żyć. Bo musisz!


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

2 komentarzy do “życie po śmierci

  • Matka Prezesa

    Ja zbieram okrutne żniwo nieprzepracowanych emocji po 5 latach. A przecież nie straciłam dziecka, więc zawsze sobie wmawiam, że jestem tak cholernie słaba, a inni dają radę.

    Samemu, na własną rękę się nie da. :(

    Tulę.
    W gardle mam gul po przeczytaniu tego.

  • Anonymous

    3 m-ce temu pochowaliśmy córeczkę Odwiedzam ją bardzo często jest mi bardzo przykro że nikt poza mną i mężem do niej nie zajrzy Dziadkowie uważają że była za mała by się przejmować bo nie donoszona Teraz jest razem z braciszkiem którego straciliśmy 3lata temu Każdy próbuje sobie jakoś to poukładać ale ból jest przeogromny i chyba nigdy nie minie Cieszę się że w tym wszystkim mąż jest ze mną i zachowuje się tak jak tego pragnę i potrzebuję