Wygodni u NieWariatów- wizyta pierwsza, nie ostatnia
Umawialiśmy się od kilku miesięcy. I ciągle coś przeszkadzało. A to za zimno, za gorąco, dzieci chore- jedne zdrowe, drugie przeziębione. Drugie zdrowe, pierwsze przeziębione. To nam nie pasuje, to oni nie mogą. Tak się jakoś mijaliśmy tygodniami aż postawiłam sprawę na ostrzu noża!
– Daroski wyjeżdża, pakuj Watahę i przyjeżdżajcie! Koniec i kropka!
Posłuchali, przyjechali!
Czwórka dzieci, dwie my. Ciężko było przewidzieć jak ten weekend będzie wyglądał więc nastawiłyśmy się na najgorsze. Snułyśmy wizję siebie podłączonych w niedzielę pod kroplówkami z relanium, oczy rozbiegane, włos rozwichrzony, nerwosol popijany ukradkiem i co chwilę wydawane z siebie dźwięki typu ‘aaaaaaaaaa’.
Ja już widziałam tą demolkę, rozsypana wszędzie zabawki, pudła powywracane do góry nogami, porozrzucane wszystko co się da. A wśród tego ja, niczym górnik w pocie czoła, próbujący na bieżąco to wszystko zbierać.
I szok- bo przecież nasze dzieci są kulturalne i całkiem dobrze ułożone!
Świetnie się razem bawiły, pobiły (za duże słowo- wymierzyły sobie sprawiedliwość pojedynczymi szturchnięciami) zaledwie kilka razy, bałaganu nadmiernie nie zrobiły (po ich wyjeździe nie sprzątałam- czysto jest!) i kurcze spokojnie dały nam pić kawkę i plotkować. Wygodna to nawet prasówkę zrobiła wnikliwą z mojej prasy kobiecej.
Ale po kolei. Przyjechali w piątek, Armia w progu rzuciła się im na szyję i zabrała do swojego pokoju. No cóż było robić, nie będziemy dzieciom przeszkadzać, skryłyśmy się w kuchni. Po 2 godzinach dzieciaki sobie przypomniały, że mają żołądki i wypadałoby je zapełnić. Uczynili co należało i poszli szukać nowego zajęcia. Wieczorem ku naszemu zdumieniu, sprawnie dali położyć się spać i nic od nas nie chcieli aż do rana!
Sobota przeminęła równie sprawnie- w nagrodę zaplanowałyśmy im spacer do lasu! Mieszkam tutaj ponad rok i pierwszy raz wybraliśmy się w takie urokliwe miejsca na spacer. Wygodna ledwo przyjechała i od razu namierzyła najlepsze miejsca spacerowe, oprowadzając MNIE po MOJEJ okolicy! No bezczelna taka… Dzieciakom lekcję przyrody zrobiła, grzyby kazała szukać, żuki podziwiać, nawet zaskrońca namierzyła. Dziwnym trafem tylko ja byłam wystraszona i piszcząca. Reszta się zachwyciła jakby lizaki z czekolady na drzewach zaczęły rosnąć.
Potem wpadłyśmy na pomysł, że zrobimy sobie selfie. Ustawiamy się, miny trenujemy, już zdążyłyśmy poczerwienieć i spuchnąć od śmiechu, bo albo jedna wygląda jak po bliskim spotkaniu z rękawicą bokserską albo druga miała wytrzeszcz oczu! W końcu ujęcie doskonałe, już naciskam, fota się robi iiiii nadbiegają dzieci….
Padli wieczorem jak muchy. A my dalej próbowałyśmy zrobić sobie ładne selfie…
Cudowne mamy dzieciaki, nieskromnie muszę przyznać! Tak się zgrali i zaprzyjaźnili, jakby serio byli rodzeństwem!
Arek, gdy odwoziliśmy Wygodnych na PKP ze łzami w oczach powiedział, że „ja już za nimi tęsknię! Mamo, pojedźmy szybko do nich!”. Później całą drogę musiałam go zapewniać, że oni jeszcze do nas przyjadą!
Zasypiamy wieczorem a Arek:
– Mamo a Ciocia Lena już pojechała do domu?
– Tak.
– Olaf i Igor też?
– Tak, są już u siebie w domu.
– Ale przyjadą do nas jeszcze?
– Oczywiście, zaprosimy ich i przyjadą.
– To może jutro? Bo ja będę z IgoRZem szalał a Mikuś będzie rozrabiał z Olafem. Będziemy takimi łobuziakami razem a ty z ciocią będziesz się cieszyć!
Po chwili mu się przypomniało i mówi:
– A ja dzisiaj pomagałem cioci jak malowała sobie oczy.
– Takkk? I co?
– Dałem jej malowankę, trzymałem żeby nie zgubiła i powiedziałem, że dobrze pomalowała. No i teraz już jest ładna.
*malowanka to do wyboru- kredka/cień/tusz- zależy co akurat miał na myśli.
Skoro ciocia u nas jest ładna i się cieszy a dzieci łobuzują razem to nie pozostaje nam nic innego jak czekać na powtórkę!









