Takie czasy, że wszystko się kalkuluje.
Dzieci też.
Jedni mówią, że to się nie opłaca, inni że to dobra inwestycja.
Jedni, że warto i koniecznie trzeba, inni że absolutnie.
Jak każda sytuacja i ta ma swoje plusy i minusy. Chociaż słowo "minus" źle się tu prezentuje więc może użyję sformułowania: plusy dodatnie i plusy ujemne :)
Korzyści z posiadania dzieci sprzedają nam nawet w mediach. Myślę, że można je podzielić na:
a) ekonomiczne- ktoś musi pracować na nasze emerytury, będzie się miał kto tobą zaopiekować na starość, dzieci ratują gospodarkę, dają ludziom pracę;
b) społeczne- jednoczą rodzinę, wzrasta status społeczny rodziny (w wielu kręgach jest jakby "ważniejsza" niż ta bezdzietna), tworzy się nowa jakość, społeczeństwo ewoluuje.
c) osobiste- i tu każdy wpisuje co chce!
Z drugiej strony walą w nas negatywnymi skutkami:
a) ekonomicznymi- dziecko kosztuje więcej niż wypasione auto, Vat na rzeczy dla dzieci najwyższy z możliwych, refundacji na leki brak, miejsca u lekarzy głównie prywatnie...
b) społeczne- brakuje miejsc w żłobkach i przedszkolach, posiadanie większej ilości dzieci grozi patologią (że niby model 2+3 i więcej to w dzisiejszych czasach z księżyca się urwał).
c) osobiste- jak wyżej!
A co myślę o tym ja?!
Kilka dni temu wpadł mi do głowy pomysł na ten wpis i w głowie zaczęłam wymieniać najpierw plusy ujemne. Tyle ich mi się nazbierało, że pomyślałam- kurcze nie napiszę tego. Uznają mnie za wariatkę, niezdolną do macierzyństwa, psychicznie chorą albo jakąś zdołowaną.
Na fb zapytałam więc Was o zdanie. Mała sonda, na szybko. I co czytam?! To samo co sama miałam zamiar napisać. Myślę sobie- ok, jestem zdrowa. Mogę tworzyć dalej!
No więc jakie to te plusy ujemne dostrzegam ja?!
Poza tym, że średnio 23456742 razy dziennie któreś z bliźniąt doprowadza mnie do zawału albo rozstroju nerwowego?! Niewiele.
Wymieniając te swoje, posiłkuję się trochę na tych wypisanych przez Was- bo większość mamy wspólnych:
-Się nie wysypiam- to wiadomo. Nie znajduję na to rozwiązania, nie zapowiada się na lepsze, nie umiem ich oduczyć żarcia, dodatkowo nauczyłam Arka, że jestem gdy zasypia więc zamiast lepiej- jest gorzej. Do dorosłości może im minie.
- Czasu dla siebie mam mało- ale jednak mam więc dramatu nie robię. Czasami coś poczytam (a że to, co nowością było rok temu, dla mnie jest dzisiaj to szczegół), wieczorem jak się uda to coś obejrzę (także z opóźnieniami), na bloga znajdę chwilę- da się przeżyć.
- Ciągły bałagan, chaos, bieganina, nic nie jest na spokojnie- po dwóch latach można przywyknąć.
- Straszny hałas w domu- w pewnym momencie można nawet przy nim uciąć sobie drzemkę.
- Choróbska i stres z tym związany- tego nie przeskoczę i nie ogarniam. Przyzwyczaić też się nie zamierzam. Mimo, że mieliśmy już kilka takich "incydentów"- nadal mnie stresują, złoszczą i doprowadzają do nerwicy! Minus, duży minus!
- Wszelkie wyjazdy to szkoła życia- można nie wyjeżdżać albo co jakiś czas sobie takie atrakcje fundować i wyklinać, że nigdy więcej. My, póki co, robimy to drugie.
- Spontaniczność wymarła- doskwiera mi to, że nie mogę wyskoczyć na kawę do koleżanki kiedy chcę. A żeby wyjść do fryzjera to trzeba najpierw na wyższy szczebel planowania wejść. Imprezki odpadają, spotkania towarzyskie są ograniczone, a wyjazdy ot tak po prostu nierealne. Więc minus bez dwóch zdań.
- Więcej obowiązków, większa odpowiedzialność- to mnie jakoś wybitnie nie przeraża, gotowanie i prace domowe mam opanowane do perfekcji a dwie gęby więcej do wykarmienia i oprania nie stanowią problemu. Jedyny minus to taki, że przy nich wiszących mi przy tyłku- jest to bardzo trudne zadanie!
- Ktoś napisał o braku możliwości spontanicznego seksu. Ja bym napisała, że w ogóle ma się niewiele czasu na tą sferę życia. Na zwykłą bliskość i swobodne omówienie naszych spraw też nie ma go zbyt wiele. W dzień odpada, bo dzieci zawsze są gdzieś na posterunku. Moje to mi się nawet przytulić do Mężula nie pozwalają. A wieczorem każdy chciałby mieć też czas dla siebie. Tak więc kombinować trzeba strasznie!
- Osobiście dla mnie największym minusem jest jednak brak swobody- to, że ciągle coś trzeba (zrobić, pojechać, obudzić się, wykąpać, dać jeść, pobawić się, dać pić...). Nie można powiedzieć "pieprzę, dzisiaj nic nie robię". Nie można po prostu wyjść. Zwyczajnie olać cały świat. Jest się w pewnym sensie "więźniem" własnego dziecka. Nie ważne czy masz dobry czy zły humor, czy boli głowa, chce ci się spać, biegać, skakać- musisz być do dyspozycji! Trzeba być 24h na dobę podporządkowanym i we względnie dobrej formie!
A plusy...
Nie uważam, że moje życie "sprzed dzieci" było nudne i bezsensowne więc nie napiszę, że nadały mu sens czy coś w tym stylu.
Na pewno bardzo je zmieniły, w wielu aspektach na lepsze, w niektórych na trudniejsze (nie mylić z gorsze!).
Aleeee myślę, że największym plusem posiadania dzieci jest możliwość ich obserwowania i zachwycania się tym jak to zostało wymyślone. Że z takiej miniaturki wyrasta najpierw mały, a później coraz większy człowiek, który zaskakuje swoją mądrością i umiejętnościami zdobywanymi ot tak przy okazji.
Moje plusy są dwa: Arek i Mikołaj.
Są plusami, tworzącymi minusy- a całość zebrana do kupy to nasze życie! :)

Oj jaka prawda. Ja bym jeszcze dodała, że niestety przyszłośc nie będzie taka różowa, bo jak patrzę na obecne nastolatki (oczywiście generalizuję) to mam wrażenie, że po przekroczeniu wieku 10 lat głupieją i nic nie zostaje z tej niemowlęcej mądrości. P.s. Miki też dalej żre w nocy i też nauczył się zasypiać jak jestem w pokoju. Uczę go podstępem. Obecnie stoję za drzwiami i jak mnie woła to mówię, że jestem. Za jakiś miesiąc się oduczy. :)
OdpowiedzUsuńMama Mikiego młodszego. :)
czekałam na ten wpis :)
OdpowiedzUsuńDałaś mi do myślenia. Pomyślę i o swoich plusach dodatnich i ujemnych
OdpowiedzUsuńja podpisuję się "dwoma ręcami". Dokładnie mogłabym napisać to samo. Z tą różnicą, że ja mam jeszcze trzeciego takiego bąka. Pozdrawiam
OdpowiedzUsuńMacierzyństwo to po prostu cholernie ciężka robota. Trzeba się mocno nagimnastykować, żeby z tych naszych doprowadzających do szału bąków nie wyrosły doprowadzające do jeszcze większego szału paskudne nastolatki, które za wzorzec uznają rówieśników, a nie nas :)
OdpowiedzUsuńSzkoda, że przepisu na to nie dają :/
UsuńMarta ten największy minus nazywa się odpowiedzialność. Super wpis :)
OdpowiedzUsuńpięknie powiedziane!
OdpowiedzUsuń