5 lat wewnętrznej samotności 8


angel-431174_1280

Zupełnie nieświadoma mającej się wydarzyć katastrofy, spojrzałam w stronę kalendarza by policzyć za ile dni wyjeżdża Mężul. Policzyłam, wszystko mi pasowało. Spojrzałam ponownie w kalendarz i… poczułam jakby mi zaczęło brakować tchu. Powietrze zgęstniało, niewidzialne ręce zacisnęły się na mojej szyi, coś mi usiadło na klatce piersiowej a łzy zaczęły same cieknąć po policzkach.
Ja, ta, która nie płacze.  A gdy jakimś cudem jej się uda okazać tą słabość, szybko łyka gorycz i idzie z podniesioną głową dalej! Ja, która nie okazuje słabości, nie pozwala by inni widzieli jej delikatność- 5 minut wcześniej czyta książkę pochłonięta nią do reszty, by nagle w jednej sekundzie rozpaść się na milion kawałków i nie móc poskładać się w kilka sekund w całość.
18.02.
Ta data.
Jutro mój syn ma urodziny. WRÓĆ. Jutro… cholera ja nazwać ten dzień?! Jutro Wiktor miałby urodziny, piąte. Gdyby ktoś nie zdecydował, że nie należy nam się cieszyć nim dłużej niż 2 tygodnie!
Jutro jest jedyny dzień w roku (myślę, że jedyny, bo rocznicę śmierci przechodzę jakoś łagodniej- chociaż równie mi źle), kiedy nie panuję nad swoim rozpadem. Po prostu. Jedyny dzień, gdy “wszystko-kontrolująca” ja, traci kontrolę! Bo tutaj na nic nie mam już wpływu.
Od 5 lat, co roku czuję to samo. Tym razem w wyniku różnych wydarzeń nie zdążyłam się przygotować. Wzięło mnie dzisiaj z zaskoczenia i jak co roku będę musiała to jakoś przetrwać.
Tak, PRZETRWANIE! To najlepsze słowo.
Mówią, że czas leczy rany. Gówno prawda. Jedynie te powierzchowne bo te głębokie nie wyleczą się nigdy. Do tego dochodzą blizny, które każą ci pamiętać ten ból, jakby pojawił się wczoraj.
Nie chodzę już od ściany do ściany. Nie brakuje mi powietrza w codziennych czynnościach. Nie użalam się nad sobą. Nie zacinam. Nie uciekam wgłąb siebie. Staram się tego nie robić nawet wtedy, gdy czuję się niekomfortowo w jakiejś sytuacji. Jestem silna! Żyję ciesząc się z codzienności, odnoszę sukcesy, pokonuję trudności z niezwykłą determinacją, ciężko mnie złamać!
Potrafię o tym mówić ale tylko wtedy, gdy czuję, że mam silny dzień. Tylko, gdy mówię o samych emocjach radzenia sobie z żałobą, które mi towarzyszyły albo gdy beznamiętnie przedstawiam przyczynę. Nie wnikam nigdy w to jaki był, co czułam gdy jeszcze był z nami.
Czasami jestem jak robot, wypluta z emocji. Czasami (podobno) odpływam do swojego świata- jestem a jakby mnie nie było. Oczy robią mi się obojętne a mina surowa. Nie wiem, nie zwracałam na to większej uwagi ale faktycznie, jest to taki mój wentyl bezpieczeństwa, gdy przestaję czuć się komfortowo.
Ale przez cały rok żyję spokojnie, względnie szczęśliwie, normalnie.
Raz w roku przychodzi ten dzień, gdy przyjaciele próbują coś powiedzieć ale nie wiedzą co, bo wszystko już zostało powiedziane! A jednak czują, że coś powinni zrobić, żeby wesprzeć. Mimo, że NIGDY NIE BĘDZIE MĄDRYCH SŁÓW NA TEN CZAS!
Tym razem jest trudniej. Dużo trudniej. Jestem 250 km od niego. Ja wiem, że żałobę ma się w sercu. Jego mam w sercu. Znam te wszystkie argumenty. Jest blisko nas, tam gdzie my- tam on! Jasne! Ale NIDGY, jeszcze nigdy się nie zdarzyło, żeby nie było nas u niego, żebyśmy nie zapalili znicza w TEN dzień!
Oczywiście poprosiłam przyjaciółkę o to, żeby zrobiła to za nam. Serce by mi pękło jakby nikt tego nie zrobił ale to nie to samo! Ból potęguję się przez odległość. Mam jakieś takie wewnętrzne wyrzuty sumienia, że powinnam, chcę, muszę! Nie potrafię tego wyjaśnić racjonalnie.
Tak samo jak nie potrafię wyjaśnić po co napisałam ten tekst. Po prostu musiałam, żeby się nie udusić.
Pojutrze wstanę, otrzepię się i moje życie wróci do normy. Moja osobowość wróci na swoje tory a myśli powrócą do rzeczywistość.
Przeszłości nie można zmienić ale można ją dobrze ulokować w teraźniejszości.

A tymczasem:
“Przez morze biegnę
Kwiatów gaśnie płacz
Po twarzy słońce, słońce gładzi

La La La La La La Laj
Po cichu
La La La La La La Laj
Tak śpiewam
La La La La La La Laj
Cichutko
La La La La La La Laj”
*Ewa Farna “la la laj”- piosenka, którą śpiewałam Wiktorkowi przy inkubatorze. Była wtedy na topie…


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

8 komentarzy do “5 lat wewnętrznej samotności

  • madzia

    Dawno,dawno temu,kiedy moja mama była młodą mężatką, a mnie nie było jeszcze na świecie, a lekarze nie potrafili uratowac niemowląt ze związków z konfliktem krwi,Mama traciła co drugie dziecko.Żyło 2 tygodnie i umierało.Później rodziło się kolejne i przeżywało..nastepne już nie…Ja i moje żyjące rodzeństwo pamiętamy,że było nas wiecej.Pamięć, znicze,modlitwa naprawdę powoduje,że moi nieżyjący bracia są blisko.Pielegnuj to,że Twoi synkowie mieli jeszcze jednego braciszka.

  • babrevoluszyn

    Rozumie co przychodzisz po Części moje dziecko dało radę ale to co wtedy przeżyłam odczuwa co roku. Jak na niego patrzę i myślę co by było gdyby.. Zalewam się łzami, niebylo by nic byłabym samą ze swoją goryczą. Strasznie ci współczuję, trzeba mieć wiele siły by opisać swoją historię, podobno najgorsze co może nas w życiu spotkać to śmierć własnego dziecka, tego nie zapominasz to żyje w tobie. Mam nadzieję że nauczysz się z tym żyć i kiedyś będziesz umiała przetrwać ten dzień z myślą że on wie jak bardzo go kochasz i czeka na ciebie tam po drugiej stronie.

  • Nina

    Moje trudne dni to 4i 5 stycznia… wtedy czuję się dokładnie tak jak Ty… rozpadam się i czuję, że tracę kontrolę… wtedy znowu czuję się sponiewierana przez życie… moja Amelka 5 stycznia miała swoje 4 anielskie urodzinki… u nas było inaczej niż u Was… 4.01.2011 przestałam czuć jej ruchy, szybki wyjazd do szpitala i najgorsze z możliwych słowa- nie ma tętna… to był 33tc.. 5.01.2011 urodziłam Amelkę dla nieba… w pełni świadoma rodziłam naturalnie moją martwą córeczkę… rodziłam w ciszy po to żeby żegnać, a nie witać… ściskałam w ramionach Anioła…w kompletnej ciszy tuliłam do serca to małe ciałko, tak idealnie pasujące w moje ramiona… głowa robiła “stop klatki” chłonęłam jak gąbka, każdą sekundę… zapamiętywałam każdy milimetr jej ciałka… wiedziałam, że teraz pozostanie już tylko pustka… Jutro wyjątkowo mocno przytulę Cię do serducha… pomilczę, a dla Wiktorka zapalę kolorowe światełko (*)

  • niereformowalna matka

    Ja Martuś poronilam swoje pierwsze dziecko, wiem, ze to nie to samo co zobaczyć, dotknąć, pokochać od pierwszego wejrzenia swoje dziecko, ale to tez tak cholernie boli… A ten ból najmocniej ma zakodowany w sercu matka. Mężowi tez bylo ciezko jak sie dowiedzial ze poronilam, ale sadze ze on juz nie myśli o tym dzieciątku – nie rozmawiamy na ten temat. Dla mnie gdy nastaje 2listopad czuje cholerny bol? Zal? Poczucie niesprawiedliwości? Niemoc? To tego dnia stracilam swojego dzidziusia, a w maju mialo sie narodzić. A maz chyba o tym nie myśli, bo nie ma Glowy do wszelakich dat. Mam teraz piekna i zdrowa córkę ( chociaz na początku byly problemy z serduszkiem) i to na niej sie skupiam. To ona daje mi sile aby codziennie wstać i zyc – dla niej zyc. Zaluje tylko, ze nie mam nigdzie takiego miejsca, gdzie moglabym postawic znicz – to swiatelko dla tego bobasa, aby wiedzialo, ze jestem i zawsze będę pamiętać.
    Matki musza byc silne dla swoich dzieci – nie wazne czy żyjących czy juz nie. Te zyjace dają motorek do życia i funkcjonowania, a te w niebie chwile refleksji i zadumy….